czwartek, 26 marca 2020

Jak upały to do Zony, do Zony... Część szósta, ostatnia

Za zakurzonym okienkiem topornego UAZa-469 migały opuszczone chaty miasta Czarnobyl. Droga pięła się w górę, nietypowo dla tych okolic, by wypłaszczyć się tuż przed samą cerkwią św. Ilji i poprowadzić nas pod - podobno - ostatni pozostały na Ukrainie pomnik Lenina. Skręciliśmy w prawo mijając wiecznie żywego, radzieckiego idola i po krótkiej chwili dotarliśmy na parking przed czarnobylskim komisariatem policji.


Komisariat jest wam na pewno znany z tej historii opisanej przeze mnie przed dwa laty. Gdy teraz dane mi było pojawić się tu ponownie, w głowie zamajaczyły wspomnienia sprzed niemal 4 lat.
Samochód zatrzymał się przed głównym wejściem. Wyjęliśmy nasze plecaki z ciasnego bagażnika i razem z policjantami weszliśmy do dwukondygnacyjnego budynku. 


Komisariat Policji w Czarnobylu. Budynek jakie na Ukrainie spotyka się co krok.

Był upał, więc panujący w środku chłód poprawił nam całkiem dobre jak na zaistniałe okoliczności humory. Od razu zaprowadzono nas do znanego mi już z jedynej jak dotąd wizyty w tym przybytku pokoju przesłuchań i nakazano czekać. Po kilku minutach w drzwiach pojawił się pięćdziesięciokilkuletni policjant i prowadząc nas przez kilka pokoi w końcu dotarliśmy do jego gabinetu. Na ścianie pełno było map Strefy, z czego jedna dość ciekawa - ukazująca rewiry patrolowania Zony dla konkretnych jednostek policji, w tym również, patroli konnych. Dowódca (jak go w głowie nazwałem) zapytał swojego młodszego kolegę, który z nami był w samochodzie czy gadamy po ichniejszemu i po usłyszeniu odpowiedzi "adin szprechaje" poprosił nas o wypakowanie całej zawartości plecaków na podłodze przed nami. Gdy, w końcu mozolnie opróżniliśmy każdą kieszeń poprosił o położenie na stole rzeczy, które uznajemy za szczególnie cenne. Wykonaliśmy jego polecenie, a funkcjonariusz pokazując ręką krzesła poprosił nas, żebyśmy usiedli i zadał pierwsze pytanie:

- Dla formalności - potrzebujecie tłumacza?
- Nie - odpowiedziałem bez namysłu, wiedząc, że jako tłumacza wezwą najprawdopodobniej znanego mi przewodnika - Marka, a to byłoby już zbyt duże upokorzenie.
- To napiszcie tutaj, że nie jest wam potrzebny i podpiszcie się - podsunął nam puste jeszcze blankiety.
Uświadomiłem sobie wtedy, że nie dość, że nie wiem jak to napisać, to do tego nie umiem pisać pisaną cyrylicą, więc poprosiłem o podyktowanie formułki i stwierdziłem, że napiszę to, ale drukowanymi. 
"PEREWODCZIKA NIE NUŻDAJUS" - choć było to po rosyjsku, napisałem tak jak mi podyktowali.

- No to powiedzcie mi - zapytał dowódca - skąd w ogóle wziął się pomysł w waszych głowach, żeby wejść nielegalnie do naszej Strefy? Co tu jest takiego ciekawego i nietypowego, podajcie mi choć jeden sensowny argument. Przecież to niebezpieczne, dookoła promieniowanie, dzikie zwierzęta - nie potrafię was, stalkerzy zrozumieć...

- Hmm, Strefa to największy rezerwat przyrody w Europie - te dzikie tereny, wschody, zachody - da się w tym zakochać - odpowiedziałem bez namysłu
- A, weź nie opowiadaj, że u was w Polsce nie ma ładnych terenów. Wymyśl coś innego.
- No dobra, niech będzie to - Zona to największy skansen Związku Radzieckiego. Czas zatrzymał się tutaj ponad 30 lat temu i nigdzie na świecie, a na pewno nie tak blisko Polski nie znajdę tyle pamiątek i przykładów na to jak wyglądało życie w komunistycznym państwie.
- A to ciekawe, tego jeszcze nie słyszałem - no dobrze, jesteście usprawiedliwieni.

Cała dalsza rozmowa odbywała się ku naszemu zdziwieniu w kulturalnej atmosferze, bardzo profesjonalnie i co najważniejsze - bez zbędnych nerwów. Mimo to, jednak czuć było pośpiech i chęć jak najszybszego załatwienia całej sytuacji ze strony policjantów. Niestety formularze zeznaniowe posiadały dość dużą liczbę rubryk i poza imieniem, nazwiskiem i numerem paszportu, musieliśmy podawać miejsce pracy, wykształcenie i różne niezbyt istotne w tej sytuacji dane. 
Uprzedzając pytania dociekliwych - nie próbowaliśmy na tym etapie już nawet proponowania łapówki. Widząc jak policjanci sumiennie podchodzą do swojej pracy, taka propozycja mogła by jedynie pogorszyć całą sprawę. Wracając jednak do kwestii pytań "formalnych" doprowadzało to do wielu zabawnych sytuacji. Kiedy policjant poprosił o podanie ulicy, stwierdziłem z uśmiechem, że może jednak zapiszę to na kartce. Zdziwił się i poprosił, żebym jednak powiedział.

- Zyblikiewicza - odpowiedziałem najwyraźniej jak potrafiłem
- Jak? - zdziwił się, krzywiąc twarz.
- Zy-bli-kie-wi-cza, taki dawny prezydent Krakowa - powtórzyłem.
- Dobra, jednak zapisz mi to na kartce - zaśmiał się policjant
- A cyrylicą czy naszymi?
- Waszymi, ale w sumie cyrylicą też nie zaszkodzi.

Z kolei pytając nas o miejsce pracy i widząc, że całe te formalności trwają już zdecydowanie za długo, stwierdził zrezygnowany "Z Ukraińcami poszło by to raz, dwa. 15 minut i wszystko mielibyśmy załatwione".
U mnie miejsce i stanowisko pracy zostało wpisane jako "Prodawiec Żabka", a widząc ile czasu już zmarnowali (ewidentnie gdzieś się śpieszyli - była wszak sobota), zapytali mojego towarzysza czy mogą dla uproszczenia wpisać mu "bezrobotny". Zgodził się.

Mandat po zwiększeniu kontrastu ukazał taki właśnie, ciekawy znak wodny.

Co ciekawe, jako, że dowódcy w wypełnianiu asystował młodszy wiekiem i niższy stopniem funkcjonariusz, co chwilę spierali się jak konkretnie powinny być wypełnione formularze. Czy nasze dane osobowe powinny być podawane w alfabecie łacińskim, czy może w cyrylicy. Młodszy optował za cyrylicą, a starszy za łacinką. W pewnym momencie doszło nawet do paradoksu, za który "świeżak" został słownie skarcony przez dowódcę. Okazało się, że połowa dokumentów została już wypełniona w normalnym alfabecie, a druga po ukraińsku.
- No jak ty chcesz w cyrylicy, baranie wpisywać te dane?
- No a dlaczego nie? - zdziwił się młodszy z nich
- Polską ulicę chcesz pisać po naszemu, ochujałeś? - nie wytrzymał dowódca.

Mając w głowie przez cały ten czas słynną scenę z filmu "Jak rozpętałem drugą wojnę światową" (tę z Grzegorzem Brzęczyszczykiewiczem z Chrząszczyrzewoszyc w powiacie Łękołody) próbowaliśmy się nie zaśmiać, co było dość trudne przy całym komizmie sytuacji i nagromadzeniu anegdotycznych scen.

Jak widać - nawet przepisanie mojego ZYBLIKIEWICZA na mandat stanowiło dla użytkownika cyrylicy nie lada problem.
Oczywiście na ul. Zyblikiewicza w Krakowie nie ma budynku o numerze 75.

Mając już niemal całe formalności za sobą wypełniliśmy jeszcze razem z policjantami dokumenty dotyczące tego z jakimi cennościami (czyli zasadniczo aparatami i kamerami) przybyliśmy na komisariat, i że na pewno z tymi samymi wybywamy. Całość zaskoczyła mnie profesjonalizmem w jakim była wykonywana - bez nerwów, na spokojnie spisywali wszystkie nazwy sprzętu i ich przybliżoną wartość, żebyśmy broń boże nie podejrzewali później kogoś o kradzież czy wymuszenie.
Gdy wszystko było już wypełnione, policjant dając nam kopię naszych "protokołów" burknął tylko pod nosem do swojego kolegi  "kurde, z naszymi już byśmy to 3 razy załatwili", po czym zwrócił się do nas:

 - Dobra chłopcy, pakujcie ten swój majdan i wychodzimy.

Zdziwiliśmy się, że nikt nawet nie zajrzał w nasze rzeczy w poszukiwaniu nielegalnych pamiątek ze  Strefy, nie wspominając nawet o zmierzeniu promieniowania. Przez cały ten czas myśleliśmy też, że zostanie zrobione nam zdjęcie, które trafi później na stronę kijowskiej policji, niestety - nie tym razem. Wykonaliśmy więc posłusznie prośbę funkcjonariusza i wyszliśmy na zewnątrz.

- Usiądźcie sobie w tej altanie i poczekajcie na mnie - powiedział wsiadając do swojej policyjnej sjemiorki, czyli Łady 2107 i odjechał.


- To co, Karol, spierdalamy? - rzuciłem w stronę towarzysza
- Serio? W sumie tak są zajęci, że nikt nawet nie zauważy naszego zniknięcia - odpowiedział
- Nie no, żartuję, mają nasze wszystkie dane - później jakieś kłopoty tylko wyjdą na granicy. Miło się w stosunku do nas zachowują, to nie róbmy wiochy.

Usiedliśmy w altanie, ale nawet tutaj, w cieniu czterdziestostopniowy upał dawał nam się we znaki. 

- Napiłbym się czegoś - masz jakąś wodę? - zapytałem Karola
- Wodę nie, coś lepszego - odpowiedział i grzebiąc chwilkę w plecaku wyciągnął półlitrową butelkę Coca-Coli
- Serio?! Tyle dni łażenia w upale, a ty dopiero teraz mówisz, że przez cały ten czas miałeś Colę?
- Sam przecież mówiłeś, żeby schować coś na dnie plecaka na czarną godzinę. To taką godzinę właśnie mamy.
- Dobra, dawaj to! - odpowiedziałem i wyżłopałem duszkiem pół butelki.

Wypicie nawet lekko ciepławej Coli, podczas gdy przez ostatnie dni piło się wyłącznie wątpliwej jakości wodę w Strefie jest zawsze świętem. Szkoda, że przyszło nam to robić akurat w takich okolicznościach. 



Selfie z altany
Po kilkunastu minutach rozmów, wypaleniu kilku papierosów zaczęliśmy się zastanawiać, czy ten samochód w ogóle wróci i czy nie jest to przypadkiem puszczone w naszą stronę oczko, mające na celu przekonanie nas do jak najszybszego się stąd ulotnienia. Gdy Karol uspokajał przez telefon swoją żonę do altany weszła trójka pijanych Rosjan, którzy jak stwierdzili - zostali złapani w Prypeci podczas legalnej wycieczki, bo troszeczkę "za dobrze się bawili". Jak to Rosjanie - od razu okazało się, że jeden z nich ma schowaną za pazuchą plastikową butelkę po wodzie mineralnej. Nalegał, żebyśmy wypili, co też - nie chcąc urażać jego kultury - uczyniliśmy. Przełykając ciepłe whisky opowiedziałem im skąd się tu wzięliśmy, a oni - będąc pod wrażeniem (i wpływem alkoholu) poprosili mnie, żebym też ich kiedyś z sobą zabrał.

Rosjanie w końcu odjechali z policjantami, a my dalej czekając na drewnianej ławeczce dość przyjemnej altanki (zwanej przez policjantów palarnią) zaczęliśmy odczuwać pragnienie. Poszedłem więc do budynku i zapytałem w "recepcji" miłą policjantkę, o to czy mógłbym poprosić o trochę wody, bo strasznie nam gorąco na zewnątrz. Odpowiedziała, że nie ma problemu i uśmiechając się do mnie (wiedziała z jakiego powodu tu się znaleźliśmy) wyszła na zaplecze, żeby po chwili powrócić z pełną, dwulitrową butelką lodowatej wody. Jak stwierdził mój towarzysz - smakowała gorzej niż woda ze studni nabrana w jednej z opuszczonych wiosek Zony.

Po wypiciu całości i wykonaniu kilku fotografii, w tym jednej na kliszy w końcu doczekaliśmy się zdezelowanej ładziny. Dowódca wyszedł z samochodu i skierował się w stronę budynku. Po drodze zaczepiła go jedna z policjantek.

- Co, stalkerzy? - zapytała
- No tak - odpowiedział dowódca
- To nie mogliście ich po prostu spisać, policzyć za mandat i puścić? Niech sobie sami na nogach pójdą, gdzie chcą, przecież widzisz jaki mamy dzisiaj młyn z turystami.
- Serio? Teraz mi to mówisz, jak już wszystko wypełnione? Zresztą zadzwoniłem już do urzędu w Iwankowie i czekają na nas
- No nic, to ty straciłeś czas, nie ja - odpowiedziała i wyszła.

Jedyna "tajna fotografia", która wyszła jakkolwiek wyraźnie :)


Policjant machnął do nas ręką i pokazał na bagażnik swojego samochodu. Włożyliśmy plecaki do bagażnika i usadowiliśmy się na miękkiej kanapie radzieckiego wehikułu.

Gdy nasz kierowca w końcu się pojawił zapytałem:
- To gdzie teraz jedziemy?
- Do sądu migracyjnego w Iwankowie.
- A nie da się tego pominąć? Niepotrzebne nam żadne pieczątki w paszportach, a widzę, że macie dzisiaj konkretny zapierdol - kontynuowałem próby złagodzenia naszej przyszłości.
- Nie da rady, zadzwoniłem już do sądu, czekają na was, byłoby to niepoważne gdybym teraz to wszystko odwołał.
- No to nic, jedziemy...

Choć wiedząc, że to standardowa procedura przy złapaniu obcokrajowców, odczuwałem względny spokój, w głowie tliły się jednak czarne scenariusze. Wyobrażałem sobie salę sądową, gdzie sędzia mówi do nas w obcym języku niezrozumiałe dla nas formułki prawne, a ostatecznie do naszych paszportów trafia pieczątka zakazująca wjazdu do tego pięknego kraju przez kilka lat. A tego bym już sobie nie wybaczył.

Policjant pędził po szerokich czarnobylskich asfaltach z trzycyfrową prędkością na zegarze. Silnik, prawdopodobnie z powodu wysokiej temperatury co chwilę gasł, jednak przy "stu na godzinę" jego ponownie odpalenie nie stanowiło większego problemu. Karol w międzyczasie zasnął, a ja rozpocząłem z naszym kierowcą ciekawą rozmowę . Okazało się, że w Strefie pracuje już od kilkunastu lat i myśli już o przejściu na emeryturę. Jak stwierdził zna tu każdą drogę, każdą leśną ścieżkę. Miał okazję być świadkiem przemiany Strefy od zapomnianego przez Boga terenu, do - obecnie - atrakcji turystycznej przyciągającej dziesiątki, a nawet setki tysięcy turystów każdego roku.
Dopytywał mnie o możliwość pracy w Polsce, ponieważ - jak stwierdził - chce sobie dorobić na emeryturze jako międzynarodowy kierowca ciężarówek. Zdziwił się, gdy powiedziałem mu, że pensja trzech tysięcy euro na miesiąc jest w Polsce niezbyt osiągalna.


W końcu dotarliśmy do punktu kontrolnego Ditjatki. Nie zatrzymując nawet samochodu policjant przejechał przez otworzony mu szlaban i kontynuował drogę do rejonowego sądu migracyjnego w Iwankowie. Zasnąłem.

Obudziłem się, gdy dojeżdżaliśmy do głównego placu tego dziesięciotysięcznego miasta. Służbowa Łada zatrzymała się przed betonowym budynkiem, na którego froncie widniała tabliczka z napisem: 

Rejonowy oddział Państwowej Służby Migracyjnej w Iwankowie. Czyli jednak nie sąd? - pomyślałem.

Wyszliśmy z kierowcą na zewnątrz i ruszyliśmy w stronę budynku. W środku panował przyjemny chłód, tak pożądany przy panujących na zewnątrz upałach. Policjant przywitał się z pewną kobietą, a ta zaprosiła nas do swojego gabinetu. Kobieta, około sześćdziesięcioletnia ubrana była w fartuszek w grochy i przypominała prędzej sprzedawczynię w lokalnym "gieesie" niż urzędniczkę. Widocznie została wezwana tutaj prosto z domu, tylko z powodu naszego występku.

Podaliśmy jej nasze paszporty i dane, a wszystkie formalności zajęły nie więcej niż trzy minuty. Poinformowała nas, że będziemy musieli w ciągu trzech dni opuścić Ukrainę, jednak na naszą prośbę "czy dało by się pięć? Mamy samolot w czwartek" odpowiedziała, że nie ma najmniejszego problemu. Zaś na moje kolejne pytanie, o to, czy ta pieczątka jest równoznaczna z zakazem wjazdu na Ukrainę odpowiedziała, żebyśmy się w ogóle tym nie przejmowali, to jest wyłącznie formalność i "przyjeżdżajcie, przyjeżdżajcie". Gdy wszystko sobie wyjaśniliśmy poproszono nas o wyjście na zewnątrz do lokalnej sklepo-kawiarenki. Policjant zapytał, czy możemy mu kupić coś do picia, dostał więc w prezencie półlitrową "multiwitaminę". Usiedliśmy przy kawiarnianym stoliku i po kilkunastu minutach opowiadania funkcjonariuszowi o moich wcześniejszych wyprawach, w końcu nas zawołano.

Wszystkie dokumenty były już wydrukowane i pozostało nam wyłącznie się pod nimi podpisać. Jako, że dobrą praktyką jest przeczytanie tego co się podpisuje, zacząłem czytać dokument, co spowodowało zdziwienie dwójki przedstawicieli prawa. 
- A po co to czytasz? - zapytała główna specjalistka (jak sama siebie nazwała na początku dokumentu) 
- No jak to po co? Przecież podpisuję to - odpowiedziałem zgodnie z prawdą
- To podpisz, a nie czytaj
- No, ale zanim to podpiszę to muszę to przeczytać i zobaczyć czy się z tym zgadzam - odpowiedziałem zastanawiając się, czy nie popełniam jakiegoś lokalnego faux pas.
- Ale dlaczego to czytasz? Myślisz, że chcemy cie oszukać i napisaliśmy tam nieprawdę - stwierdził policjant
- Broń Boże! Po prostu u nas w Polsce, zawsze czytamy dokumenty przed podpisaniem

Ukraińcy popatrzyli na siebie w stylu "dziwni jacyś...", jakby właśnie mieli do czynienia z przybyszami z innej planety.

Żeby nie robić kłopotów pobieżnie przeglądnąłem dokument i widząc, że wszystko się zgadza podpisałem. To samo uczynił mój kolega.

Dokument wisi na honorowym miejscu!


Po wyjściu okazało się, że nie było przewidzianej opcji transportu nas do wioski Orane, jednak znając topografię tych rejonów udało mi się namówić kierowcę, żeby podwiózł nas do celu, argumentując to, że "i tak jedzie pan z powrotem do Czarnobyla, więc wysadzicie nas po drodze". Zażyczył sobie za tę usługę 200 hrywien, na co przystaliśmy. Do samochodu wsiadła również urzędniczka z "migracyjnego". Z podróży zapamiętałem jedną rozmowę. Ukraińcy rozmawiali między sobą o tym, że nie potrafią zrozumieć, dlaczego turyści są w stanie płacić 300 dolarów za oglądanie Strefy. "Przecież tu nic nie ma ciekawego! Pojechali by na jakieś Hawaje, czy do Chin nawet!"
Samochód zatrzymał się przed wiejską chatką - domem naszej głównej specjalistki. Pożegnaliśmy się, życzyła nam powodzenia w dalszej podróży i ruszyła w kierunku furtki, za którą czekały na nią jej kury i gęsi.

Zdziwieni, że całość obyła się bez żadnego mandatu, a jedynie na skazie w paszporcie w końcu i my dotarliśmy do naszej docelowej wioski. Wyjęliśmy z bagażnika plecaki i po wręczeniu Dowódcy różowego banknotu z Lesją Ukrainką na awersie i bocianami na rewersie rozstaliśmy się w zgodzie.

Ruszyliśmy z Karolem w kierunku gospodarstwa państwa Franczuków i choć troszkę wstyd było wracać do naszego Siergieja "na tarczy", weszliśmy na jego podwórko. Przywitał nas znajomy głos:

- Ech Polaki, Polaki - z wami to zawsze są jakieś przygody!

KONIEC



środa, 20 listopada 2019

KALENDARZE 2020

Koniec roku tuż tuż, więc najwyższy czas zastanowić się nad kupnem nowego kalendarza. Od kilku lat współprowadzę fanpage Czarnobylcy i już drugi raz z rzędu pragnę wam wcisnąc swój kalendarz :)

Rok temu postanowiłem zrobić kalendarz "stalkerski", formuła się przyjęła i choć tym razem tak bardzo stalkersko nie będzie to postanowiłem zostawić ficzer jakim są krótkie historie odnoszące się do konkretnego zdjęcia.

Dużo o kalendarzu nie ma co pisać - ma 13 stron, 12 miesięcy i 366 dni jak większośc kalendarzy. Długo zastanawiałem się nad zdjęciami i ostatecznie wybierałem je z moich wszystkich albumów, począwszy od 2012 roku, dlatego będzie widać nie tylko strefę taką jak wygląda teraz, ale również budowę nowego sarkofagu - Arki.

Jak prezentuje się okładka? Ano tak:


A jakaś strona, a na przykład tak:



Koszt to 35zł plus 15zł przesyłka. Więcej informacji odnośnie ceny i sposobu zamawiania na stronie Czarnobylcy lub pod mailem sadamski86@gmail.com

środa, 16 października 2019

Jak upały to do Zony, do Zony... Część piąta

Nowoczesna łódź motorowa zbliżała się do brzegu. Szybko zarzuciłem na siebie spodnie i koszulkę, żeby nie witać jej załogi w samych bokserkach. Z tej odległości rozpoznałem już charakterystyczne, ciemnogranatowe uniformy - to była policja.


Ratowanie się ucieczką nie wchodziło w grę. Zawartość naszych plecaków praktycznie w całości leżała na trawie. Samo pakowanie zajęło by nam kilka minut, a rozstawać się z nimi nie zamierzaliśmy. Jedyna myśl, którą miałem w głowie - "jakim cudem oni tutaj podpłynęli?" - przypomniała mi kolejny raz, żeby nigdy sobie nie wmawiać "tutaj na pewno mnie nikt nie znajdzie".

Podszedłem do brzegu naszej niewielkiej zatoki i zastanawiając się, jak to możliwe, że łódka nie zaryła o dno złapałem rzuconą przez policjanta linę i przywiązałem do drzewa.

- Dobroho dnia - przywitałem się, podając rękę jednemu z nich
- Zdrastwuj, co wy tu robicie?
- Jak to co? Odpoczywamy, opalamy się!
- Dobra dobra, ale kim wy jesteście, macie przepustki?
- Nie no, nielegalnie tu przyszliśmy
- Serio? W taki upał, chciało wam się?

Podczas rozmowy z policją dotarło do mnie jak groteskowo musiało to wyglądać z zewnątrz: dwóch stalkerów stojących przy swoich hamakach, rozmawiających z policją - i to wszystko w Prypeci!
"To co będzie dalej?" - zapytałem. "Jak to co? Zabieramy was do Czarnobyla" - odpowiedział zdecydowanie policjant. Próby dogadania się z funkcjonariuszami nie zapowiadały się zbyt kolorowo.

Było ich trzech:
- pierwszy, sternik motorówki, lekko po czterdziestce wydawał się człowiekiem z którym najprędzej uda się dobić targu.
- drugi - w podobnym wieku - łysy,napakowany, ważył grubo ponad sto kilogramów i jednym ciosem byłby w stanie powalić kilku dorosłych mężczyzn. Sprawiał wrażenie niezbyt inteligentnego, choć raz po raz rzucał czarnym, dotyczącym nas humorem.
- w końcu ostatni, trzeci - ich przełożony. Myślę, że miał koło sześćdziesiątki. Twarz mocno pomarszczona, przepalona. Siwy, gęsty wąs tylko dodawał jej surowego wyrazu. Najbardziej zainteresował mnie fakt, że miał na sobie t-shirt z logiem gry Chernobylite polskiego studia The Farm 51. Próbowałem wykorzystać ten fakt w pertraktacjach.

Słoneczny patrol

Pokazaliśmy co mamy przy sobie, wyjęliśmy wszystko z kieszeni i daliśmy do wglądu paszporty. Kamerkom, nożom i latarkom poświęcili więcej uwagi, a część z nich wzięli ze sobą obiecując, że nam je zwrócą. Zgodnie z prawdą powiedzieliśmy gdzie leżą nasze plecaki, i że trochę nam zajmie pakowanie się.
W trakcie, gdy mój kompan oddalił się w tym celu na kilkanaście metrów, ja starałem się przekonać policjantów, że jesteśmy normalnymi ludźmi i nie przyjechaliśmy tu z niecnymi planami. Po prostu - zwykli stalkerzy, którzy chcieli sobie odpocząć od codziennego żywota. Po skończeniu mojego wywodu zauważyłem, że dwóch mundurowych chciało nawet coś powiedzieć, spróbować się dogadać, ale najstarszy - ich dowódca zgasił jakiekolwiek próby jednym zdaniem "nie ma takiej opcji, zabieramy ich do Czarnobyla". Każde moje pytanie było kwitowane taką samą, przeczącą odpowiedzią. Nawet "przypadkowe" wypadnięcie z mojej kieszeni kilkuset dolarów nie dało żadnego efektu. Ukraina widocznie zmienia się na lepsze.

Postanowiłem wykorzystać jeszcze jedną szansę. Jeden z funkcjonariuszy zapytał mnie gdzie się podział mój kolega. Odpowiedziałem, że jest zajęty pakowaniem swoich gratów kilkanaście metrów dalej i możemy pójść razem zobaczyć na jakim jest etapie. Sternik łódki, czyli ten najbardziej sympatyczny poszedł za mną. Gdy oddaliliśmy się już na bezpieczną odległość postanowiłem podjąć próbę jeszcze raz.
"Dobra, jaka jest szansa na dogadanie się? Oszczędzimy sobie wzajemnie czasu - my wyjdziemy z miasta i już się tutaj nie pojawimy, a wy nie będziecie musieli wypełniać tony papierów" - dokładnie tak bym zapytał gdybym miał już doświadczenie, które nabyłem kilka godzin później. Dlatego powiedziałem jedynie "hej, weźmy się dogadajmy". Odpowiedź mnie niestety nie zaskoczyła - "Ze mną i z grubym bez problemu się dogadasz, już dawno byśmy odpłynęli i nie było by problemu, ale widzisz tego starego? Ciężki temat, możesz próbować, ale my go na pewno nie przekonamy."

Karol już kończył załadunek plecaka. Pośpieszyłem go mówiąc mu, że i tak będzie całą zawartość jeszcze nie raz wybebeszał.

Wróciliśmy do policjantów. Zapytałem ich jeszcze raz czy mamy inny wariant, przy okazji rzucając zdawkowe "Koszulka Chernobylite - znajomi tę grę robili". Odpowiedział tylko "każdy może sobie ją kupić w kiosku na Ditjatkach".
Męcząc się z hamakami, w końcu za pomocą noży je odwiązaliśmy i ruszyliśmy za policjantami w kierunku motorówki.
Każde moje pytanie w kierunku najgrubszego z policjantów (dalej zwanego po prostu "Grubym") odnośnie naszej przyszłości kończyło się żartobliwą odpowiedzią "jak to co? Tjurma! [więzienie - ros.] Tjurma i deportacja!"
Wykorzystując moment, w którym żaden z policjantów nie patrzył na nas, wyciągnąłem aparat i zrobiłem poniższe zdjęcie. Dlaczego każde zdjęcie zrobione w konspiracji musi być niewyraźne, zniszczone lub jakkolwiek inaczej być po prostu zepsute? Wgramoliliśmy się na łódkę i po kilku manewrach wypłynęliśmy na rzekę Prypeć.


Po lewej dowódca, po prawej "gruby"


Sternik nie oszczędzał silnika. Płynęliśmy z prędkością niemal trzydziestu węzłów, czyli ponad pięćdziesiąt kilometrów na godzinę, co na wodzie jest nie lada wyczynem. Starałem się wypytać grubego o nasze dalsze losy, jednak co drugie słowo nikło w świszczącym nam w uszach wietrze, a głośna muzyka puszczona z zamontowanego na motorówce radia skutecznie zagłuszała mój niezbyt donośny głos.
Gdy w radiu zaczął lecieć się pewien hit ze złotych lat osiemdziesiątych "gruby" powiedział "może zatańczycie - żaden stalker nie miał jeszcze imprezy na policyjnej łódce". Zacząłem kołysać się dla żartu w rytm muzyki czym wprawiłem policjantów w dobry humor. Nie powiem - przyjemnie było  przy ponad trzydziestostopniowym upale mknąć z wiatrem we włosach dość nietypowym jak dla stalkera środkiem transportu. Jak stwierdził jeden z funkcjonariuszy - "powinniście się cieszyć - jesteście pierwszymi stalkerami, którzy płyną z nami po rzece. Poza tym powinniście nam dziękować, bo uratowaliśmy was przed udarem słonecznym - dodał z uśmiechem na ustach.


Zapytałem grubego, czy mogę zrobić zdjęcie moją Smieną. Odpowiedział "dobra, ale ostrożnie, żeby stary nie widział. Daj mi, to ja to zrobię" Ustawiłem co było do ustawienia, pokazałem mu co ma nacisnąć i wiedząc, że i tak to zepsuje dałem mu aparat. Oczywiście zdjęcie wyszło w połowie ucięte i rozmazane, ale zgodne z zasadą, że konspiracyjne materiały muszą być tragicznej jakości.



Po lewej - gruby jeszcze na brzegu - po prawej (i poniżej) zdjęcie zrobione właśnie przez niego.
Jedyna pamiątka z płynięcia motorówką. Sto lat temu robiono lepsze zdjęcia!


Gruby zaproponował mi, żebyśmy zeszli pod pokład. Było mi to ogromnie na rękę - w końcu mogłem w spokoju zamienić z nim kilka słów bez ryzyka, że ktoś inny nas usłyszy. Usadowiliśmy się na kanapach (które pewnie mają swoje nazwy w żeglarskim slangu) i zapalając policjantowi i sobie papierosa zadałem jeszcze raz pytanie. Dobra, ale tak na serio - co będzie dalej? Za bardzo jestem związany ze Strefą, w ogóle z Ukrainą, żeby tak dostać zakaz wjazdu do tego kraju i przestać tu jeździć.
- Ale ty się w ogóle nie przejmuj, nic wam przecież nie zrobią. Zawieziemy was na posterunek, podpiszecie jakieś dokumenty, dadzą jakiś mandat i będzie po wszystkim - uspokoił mnie.
- No to chwała Bogu. A powiedz mi - jak wy w ogóle nas tu zauważyliście? Ktoś wam powiedział, bo widziałem, że helikopter nad nami przelatywał, kiedy opalaliśmy się nad rzeką, czy może sami po prostu patrolowaliście ten teren i nas wyhaczyliście.
- Gdyby nie ten czerwony ręcznik jednego z was to nawet byśmy nie podpłynęli. Z daleka nie było nikogo widać. (Później dowiedziałem się od Karola, że to ręcznik reklamowy popularnej niegdyś strony internetowej z nazwijmy to... anonsami towarzyskimi")
- Ale kurcze, tyle razy się tu kąpałem, a nigdy jeszcze nie widziałem ani jednej motorówki. Nie słyszałem, żeby policja patrolowała te tereny.
- Masz rację - dostaliśmy te łódki jakiś miesiąc temu. Teraz pływamy praktycznie od Czarnobyla, aż pod samą Białoruś. Jesteście pierwszymi, których tutaj złapaliśmy, więc możecie się pochwalić takim jak wy, że płynęliście motorówką po Prypeci.
Skończyliśmy palić, gruby poprosił, żebym włączył galerię zdjęć i pokazał mu wszystkie zdjęcia, gdzie chodziliśmy. Zaśmiał się widząc, że do Zony wpływaliśmy pontonem, stwierdzając - "no i widzicie? W ten sam sposób wypływacie". Opowiedziałem mu jeszcze kilka historii z wyjazdów, o tym, że byłem miesiąc, że kilka razy byłem tu sam, że na tym brzegu spędzałem też dwa lata wcześniej swoje urodziny i wtedy na pewno nie dopłynęliby do nas do brzegu ze względu na niski stan rzeki.

Po wypaleniu kilku papierosów wyszliśmy na pokład. Mijaliśmy właśnie jedyny samochodowy most na północ od Kijowa, który łączy dwa brzegi Prypeci. Zauważyłem, że gruby ma dość nowocześnie wyglądającą broń i zapytałem kurtuazyjnie co to za model. Dumnie wyjął i powiedział, że to ukraiński Fort-17 i,że to skok cywilizacyjny, szczególnie, że niektórzy policjanci w Strefie dalej noszą radzieckie Makarowy.

Znaleźliśmy się już na wysokości miasta Czarnobyl. Na brzegu znajdowało się wielu pracowników Strefy. Niektórzy w samych kąpielówkach łowili ryby, inni opalali się, niektórzy po kolana w wodzie schładzali się w rzece. Podpłynęliśmy do nich. Byłem przekonany, że posypią się mandaty, gdyż takie czynności jak pływanie w rzece, chodzenie w krótkim rękawie i spodniach, nie mówiąc już o siedzeniu w samych slipach, czy - o zgrozo - łowieniu ryb są w Zonie zakazane. Rybołówstwo zaś - karane - i to nie jako wykroczenie, a przestępstwo.
Policjant, gdy znaleźliśmy się odpowiednio blisko zapytał ich "wy tutejsi?". Gdy odpowiedzieli twierdząco, popłynęliśmy dalej. Kocham ten kraj.

Zdecydowanie jest tu za mało obrazków, dlatego wrzucam wycinek z "moich tras"


Przyjemny rejs niestety zdawał się dobiegać końca. Na mniej zarośniętym brzegu pojawił się oliwkowy UAZ i to w jego stronę nasz sternik skierował motorówkę. Zanim przybiliśmy, najgrubszy z policjantów poprosił nas jeszcze o pieniądze - jak to stwierdził "na paliwo". Jako, że była to dość symboliczna kwota, nie starałem się nawet kłócić o zasadność jej płacenia.
Ostrożnie, żeby na sam koniec nie skompromitować się efektownym upadkiem do wody wygramoliliśmy się z łódki i stąpając, wciąż obolałymi po nocnym marszu stopami po zabłoconej trawie ruszyliśmy w kierunku radzieckiego jeepa. Szybkie przywitanie, przedstawienie się i odsłuchanie tradycyjnego (jak zdążyłem już zauważyć) żartu ze strony policjantów, że to plecaki powinny jechać na fotelach, a my w "klatce" z tyłu i już siedzieliśmy w środku. Wierząc, że następne działania ukraińskiej policji wobec nas pójdą już z górki ruszyliśmy w górę ulicy, w kierunku komisariatu.

sobota, 5 października 2019

Jak upały to do Zony, do Zony... Część czwarta



Delikatna wibracja telefonu zerwała mnie na nogi. Telefon pokazywał trzecią w nocy, co zgadzało się z otaczającymi nas egipskimi ciemnościami i co oznaczało, że spałem jedynie półtorej godziny. Dałbym wszystko, żeby móc bez skrępowania znów wrócić do łóżka (jeśli tak można nazwać nim kilka par drzwi i desek ułożonych na podwyższeniu koło pieca) i pospać jeszcze te kilka godzin.

Czas niestety nawet w Strefie nie jest z gumy i wszelkie obliczenia nakazywały nam w ciągu trzydziestu minut wyruszyć w dalszą drogę. W przeciwnym wypadku do Prypeci doszlibyśmy za dnia ryzykując bycie zauważonym przez policję.
Obudziłem Karola, a samemu zacząłem gotować wodę do zalania chińskiej zupki. Po szybkim, acz dość pożywnym posiłku (zupka, kabanosy i musli) z trudem założyłem na obolałe stopy buty. Plecak również wydawał się cięższy niż wczoraj, jednak jako organizator tego wyjazdu nie mogłem sobie pozwolić na narzekanie i chwilę później wyszliśmy na starą, zniszczona asfaltową drogę.

---

Tutaj chwilka dygresji - jako organizator takiego nielegalu, biorąc ze sobą czy to znajomych, czy obcych ludzi szczerze wolę gdy nie mają oni najlepszej kondycji, albo narzekają ciągle na ciężki plecak lub niewygodne buty. Wtedy wiem, że to ja muszę być tym, który zachowuje pozory i pokazuje, że nic nie jest w stanie go zniszczyć. Musze dawać dobry przykład. Gdybym pokazywał uczestnikom wyjazdu jak faktycznie się czuję i że z reguły jestem bardziej wycieńczony od nich - każdy z nas by się załamał, zatrzymał i dalej nie poszedł. Co ciekawe, gdy idę z ludźmi (muszą to koniecznie być dobrzy znajomi, przed obcymi też będę zgrywał niezniszczalnego) lepiej ode mnie zaprawionymi w pieszych wędrówkach - to ja jestem tym narzekaczem. Wtedy ciągle powtarzam jak to bolą mnie nogi, jak to nierównomiernie wypchany plecak wrzyna się w plecy, a pasy wbijają się w biodra. Nigdy nie może być za kolorowo - przy każdej wędrówce ktoś musi odgrywać rolę silnego, a ktoś tego słabego

---

Północna trasa do Prypeci urzekła mnie już nie raz. Z reguły wychodzi się na nią o wschodzie słońca, co potęguje efekt. Przede wszystkim jest ona zróżnicowana. Najpierw wiedzie asfaltową drogą przez kilka mostów we wsi Stare Szepelicze, dalej szutrem przez gęste lasy, by w końcu wyprowadzić na ciągnące się, poprzecinane liniami wysokiego napięcia pola. Idąc tędy czujesz się jak na pieszej wędrówce w beskidach, a o tym, że znajdujesz się w Strefie, przypominają jedynie majaczące w oddali resztki stajni dawnych kołchozów. 


Niewyspani i wciąż czujący efekty wczorajszego marszu zbyt często robiliśmy postoje i choć do przejścia mieliśmy około  dziesięć kilometrów, to na drogę prowadzącą nas już bezpośrednio do Prypeci wyszliśmy po wschodzie słońca. Postanowiliśmy więc w pewnym momencie zejść z niej i idąc na azymut przez kolejne pola i kolejne lasy wyjść bezpośrednio na ulicę Lesi Ukrainki. 

Plan od początku był taki, że miasta nie zwiedzamy, a jedynie przecinamy go w poprzek Aleją Budowniczych i korzystając z uroków znajdującej się na jej końcu chłodnej wody rzeki Prypeć zostajemy nad nią do wieczora. Wieczorem zabieramy kilka piw zostawionych dzień wcześniej przez znajomych z legalnej wyprawy i kierujemy się w stronę wyjścia ze Strefy zahaczając jeszcze o Oko Moskwy i bazę dywizjonu rakiet S-75 Wołchow.



Potykając się raz po raz o wystające z ziemi pozostałości zakopanych pojazdów mieszkańców Prypeci przeszliśmy przez PTLOR "Pripjat" (Punkt Tymczasowej Lokalizacji Odpadów Promieniotwórczych "Pripjat"), a leśna ścieżka wyprowadziła nas pod samą Fujiyamę - szesnastopiętrowy wieżowiec stojący na skrzyżowaniu ulicy Lesi Ukrainki i Aleji Budowniczych. Starając nie przypominać nikomu o naszej obecności, ale jednocześnie jak najszybciej wyjść z miasta zanim pojawią się tutaj pierwsze patrole przecięliśmy ostrożnie ulicę Bohaterów Stalingradu i dochodząc do ostatnich bloków weszliśmy na piaszczystą dróżkę. Minęliśmy PTLOR "Piaskowy Płaskowyż" - mogilnik, w którym zakopano skażoną ziemię z Prypeci, a na którym to terenie przed awarią wypoczywała każda rodzina Prypeci. Docelowo planowano wybudować tu kolejne osiedla miasta, obecnie wyglądem przypomina Pustynię Błędowską.

Teren o powierzchni kilometra kwadratowego częściowo porośnięty jest dość gęstą dżunglą


W końcu przed nami pojawiła się rzeka. Jej poziom jeszcze nie był optymalny do plażowania - plaża miała bowiem dopiero kilka metrów i w całości miała się odkryć miesiąc później. Będąc jednak zmęczonymi nie narzekaliśmy i niemal od razu wskoczyliśmy do wody. Poziom był już na tyle niski, że nawet mi, nie umiejącemu pływać nie groziło utonięcie. Położyłem się w połowie na brzegu, w połowie w rzece i delektując się chłodną wodą starałem się zasnąć. Uniemożliwiała mi to jednak ławica małych rybek, które raz po raz obijały się o moje ciało i przestraszone uciekając łaskotały. Dodatkowo słońce powoli stawało się nieznośne, więc wróciłem do Karola, po drodze nabierając do kilku butelek wody. Wykorzystując słup wysokiego napięcia rozwiesiliśmy na trzech jego betonowych podstawach swoje hamaki. Odganiając się od małych muszek i starając się znaleźć jak najwięcej cienia, wiedząc, że nikt nas tu nie znajdzie w końcu zasnęliśmy.

Zawsze trafiają mi się gorsze warunki spania. Tym razem mniej zacienione miejsce :)

Obudził mnie głos towarzysza: 

– Staszek, motorówka do nas płynie
– Bardzo śmieszne, daj mi pospać jeszcze chwilę
– Nie żartuję - naprawdę do nas płynie
– No to szybko, pakujemy się i zmywamy
– Nie zdążymy

Faktycznie - załoga motorówki nas już zauważyła i zmieniła kurs, powoli zbliżając się do naszej plaży. Szybko się ubraliśmy, ale czasu na ucieczkę było już za mało...



-------
Pozostałe zdjęcia:




Zrobione na czarnobiałym filmie aparatem Smiena 8M

środa, 2 października 2019

Jak upały to do Zony, do Zony... Część trzecia



Żar lał się z nieba, a wszystkie płyny skończyły nam się w połowie śniadania. Bagatelizowana przez nas kwestia braku wody stwarzała dość istotne ryzyko odwodnienia. Zawsze myślałem, że zrobić sobie krzywdę w Zonie można tylko zimą...


Trzymając telefon w ręku i próbując znaleźć studnię, której lokalizację podrzucił nam znajomy stalker dotarliśmy do zarośniętego gospodarstwa. Opuszczone dziesiątki lat temu pola przewyższały nas o głowę lub dwie. Istna dżungla.
W końcu przedzierając się przez pokrzywy, cudem nie parząc sobie rąk, znaleźliśmy, niczym nie osłonięty betonowy krąg. Nie tego się spodziewałem, ale jak się nie ma co się lubi... czy jakoś tak.

Popatrzyłem w dół – trochę syfu, jakieś liście. Not great, not terrible - jak głosi popularny ostatnio mem. Nie ma tragedii, gorszą wodę piło się w Zonie. Przywiązaliśmy do sznurka znalezioną obok studni szklaną butelkę i nabraliśmy kilkaset mililitrów żółtawej, mętnej cieczy. Powąchałem – no wali siarką, wziąłem na język – trochę kwaśne, ale z braku laku da radę. Dawaj! Tam leży wiadro, nabieramy.

Wyciągnąłem z plecaka lejek i już miałem przelewać wątpliwej jakości ciecz do butelki, kiedy usłyszałem:

- ej! zostaw to!
- czemu?
- no to popatrz do środka

Zerknąłem na wiadro. Na powierzchnie wody wypłynęła rozkładająca się już, zdechła mysz.

- ha ha... no to się, kurwa napiliśmy...
- przynajmniej już wiemy co tak śmierdziało
- uff... dobrze, że tego nie połknąłem, tylko wziąłem kilka kropel na język...


Mieliśmy dużo szczęścia, więc uznaliśmy to za swego rodzaju znak od Zony. Wystarczyło, że wiadro wpadłoby do tafli wody kilka centymetrów dalej i mysz nie załapałaby się na podwózkę windą do góry. Z kolei my, niczego nie świadomi gasilibyśmy pragnienie rozpuszczonymi produktami rozkładu gryzonia. Troszkę podirytowani poszliśmy szukać dalej.

Błądząc w czarnobylskiej dżungli pogodziliśmy się już z myślą, że w razie fiaska naszych poszukiwań będziemy musieli wracać kilka godzin do łubiańskich studni. Spojrzałem na mapę, dla ustalenia kierunku marszu. Troszkę zboczyliśmy z kursu, tym samym zbliżając się do leśnego bajorka.
- Widzisz tą niebieską plamę na mapie? Tutaj między drzewami - powiedziałem do Karola.  - Zerknijmy co to za bajorko.

Skręciliśmy w zarośla. Naszym oczom ukazał się typowy leśny wodopój, taki jaki widnieje na scenkach wyszytych na popularnych na wschodzie naściennych dywanach. Taki do którego przyłażą różnej maści jelenie i wilki, żeby zgasić pragnienie. Potraktowaliśmy to, więc jako kolejny już, po myszy znak od Strefy i odganiając się od komarów zabraliśmy się do roboty. Wykorzystując stalkerskie patenty nabraliśmy kilka litrów brunatnego, pachnącego lasem płynu i szczęśliwi wróciliśmy do naszej chatki.


Jak się nie ma co się lubi (a z reguły w Zonie się nie ma) to się piję taką wodę :)

Żal mi było zapychać filtr taką mętną, mulastą wodą, więc pierwszym etapem oczyszczania jej z osadów była...skarpetka. Czysta, nieużywana skarpetka Karola zatrzymała wszelkie liście, muchy i piasek. Później przyszła pora na Aquaphor. Filtr nie zmienił koloru cieczy, ale zmniejszył prawdopodobieństwo biegunki. A jak wiadomo „jak się nie posrasz w ciągu kilka godzin od wypicia, to znaczy, że woda jest dobra”. Nic takiego się na szczęście nie wydarzyło, ale cała przygoda związana z szukaniem wody dała nam dużo do myślenia.

W Zonie, szczególnie w ekstremalnych warunkach, jakimi niewątpliwie są takie upały człowiek zaczyna doceniać przyziemne, codzienne rzeczy, jak dostęp do wody pitnej. Mógłbym tu rozpisywać się o tym jak na co dzień marnujemy w miastach hektolitry wody, a dzieci w Afr... ale wspomnę jedynie, że do tego czasu nigdy wcześniej nie bałem się odwodnienia, czy nawet śmierci z pragnienia. Tutaj powoli taki strach zaczynał się wkradać, a znalezienie źródła i w końcu napicie się czegoś choć ciepłego to mokrego pozostawiało na twarzy uśmiech od ucha do ucha.

Państwowa Leśna Ochrona - głosi napis na przyczepce od motoru


Zapomniany, betonowy słup w środku lasu.
Lubię trafiać w Zonie na takie kontrasty.



Na tym wyjeździe dłuższy odpoczynek planowaliśmy zrobić raczej pod koniec, kilka dni przed wyjściem ze Strefy. Dlatego zaraz po przefiltrowaniu wody i zjedzeniu zupki chińskiej spakowaliśmy nasze rzeczy i spóźnieni już względem naszego planu o kilka godzin ruszyliśmy dalej. No cóż - to nie wycieczka z biurem podróży.

Mijając zardzewiałą przyczepkę od motoru należącego niegdyś do leśników weszliśmy w las. Tutaj, wdrapując się na powalone konary, za chwilę z nich zeskakiwaliśmy. Nieudolnie idąc na azymut poszukiwaliśmy mającej wyznaczyć nam dalszą drogę linii wysokiego napięcia. Klnąc pod nosem i odpędzając się od ucztujących na naszym ciele komarów w końcu w oddali, między drzewami zamajaczył nam betonowy słup. Choć droga w tym momencie stała się łatwiejsza, to prowadząc przez wyschnięte bagno sprawiała, że dosłownie co kilka minut musieliśmy na nowo spryskiwać się sprejem na insekty.

Wyszliśmy na łąkę. Lejący się z nieba żar dawał w kość, szczególnie naszym nogom. Buty ponad kostkę okazały się niewypałem i już na tym, początkowym etapie wyprawy zaczęliśmy walczyć z pęcherzami na stopach. Dodatkowo, raptem po kilku postojach w przyjemnym cieniu woda, która miała być pozostawiona na czarną godzinę została wypita. Mieliśmy kilka butelek zapasu, jednak te zużywaliśmy o wiele szybciej niż tego byśmy chcieli. Niestety, do najbliższego, znanego mi źródła dzieliło nas wciąż ponad 10 kilometrów.

Rzeczona łąka


Kontynuując marsz po polach przed naszymi oczami pojawił się dmuchany balonik w kształcie bohatera jakiejś dziecięcej kreskówki. Jeszcze częściowo napełniony helem. Nie chciałem psuć tempa na zatrzymywanie się i fotografowanie znaleziska, ale wyglądał on mniej więcej tak: 




Niesamowity jest już sam fakt, że idąc przez Strefę trafiasz na balonik, który pewnie wypuściło kilka dni temu jakieś dziecko w oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów stąd miejscowości. Mnie natomiast fascynuje to z innego powodu. Pierwszy raz szedłem tą łąką dwa lata temu, w 2017 roku. Podczas mojego miesięcznego pobytu w Zonie, idąc tędy z napotkanym w Łubiance stalkerskim małżeństwem trafiliśmy na to:


napis dookoła niedźwiadka to rosyjska wyliczanka "miszka kosołapyj"

Są więc dwie opcje – albo to miejsce jest magnesem na balony, albo to kolejny, ciekawy żart z ich strony (kukła ze wcześniejszego odcinka okazała się ich robotą).

Kontynuując nasz marsz, walcząc z komarami i ogólnym wycieńczeniem w końcu wyszliśmy z lasu. Idąc przez dość mocno skażoną wioskę miałem nadzieję, ze w znajdujących się tu stajniach zastaniemy konie Przewalskiego. Niestety rzeczone stajnie okazały się puste, więc musiałem zadowolić się mierzeniem całkiem "ciepłej" kępki mchu.
Zajęty obserwowaniem wzrastającej na wyświetlaczu wartości nie zwróciłem nawet uwagi na machającego do mnie kolegę, który zafascynowany nagrywał właśnie... przebiegające sto metrów za moimi plecami wspomniane konie. Na szczęście zdążył to nagrać:


Po krótkim odpoczynku mając świadomość, że czas nie jest z gumy ruszyliśmy dalej. Widząc, że wszystkie rzeki w Strefie mają dość niski poziom wody obawiałem się czy ta, z której mamy nabrać wodę będzie w ogóle nadawała się do picia. Jak na złość - po dojściu do mostu zobaczyliśmy pod nim jedynie pokrytą zielonym nalotem strużkę.
Choć wiedziałem, że za kilka kilometrów dojdziemy do wioski, w której znajduje się jakaś studnia, to jednak rosnące pragnienie i świadomość, że na jego ugaszenie jeszcze chwilę poczekamy wprawiało nas we frustrację.


Skręt do studni!

"Jak zobaczycie metalowe koło, to musicie wejść w krzaki i przejść kilkadziesiąt metrów, mijając kilka chat" - tak opisana była przez znajomego stalkera (tego samego od studni z myszą) lokalizacja studni. Trochę się naszukaliśmy, jednak w końcu doszliśmy do rzeczonej chatki, obok której znajdowała się, w zaskakująco dobrym stanie, przykryta daszkiem - studnia.

Posiadając już pewne doświadczenie - do plastikowej butelki doczepiliśmy ciężarek i za pomocą sznurka zrzuciliśmy taki zestaw w otchłań. Po wybraniu linki naszym oczom ukazał się idealnie przezroczysty, chłodny płyn, czyli to o czym przez ostatnie kilkanaście kilometrów marzyliśmy.

---
Krótka ciekawostka: przy nabieraniu wody wypadły mi z kieszeni przyciemniane okulary, czego nie zauważyłem i o ich braku dowiedziałem się dopiero następnego dnia. Dwa miesiące później, na kolejnym "nielegalu", posiadając już dokładnie taką samą, nową parę, ktoś pierwszego dnia mi na nich usiadł całkowicie je niszcząc. Kilka wieczorów później, pokazując znajomym Ukraińcom naszą polską studnię jeden z nich powiedział do mnie, podnosząc coś z ziemi - patrz, takie same "oczki", jak te na których ci usiadłem. Tak - to były moje okulary.
Strefowe zbiegi okoliczności i przypadki nie przestaną mnie nigdy zaskakiwać.
---

Nabraliśmy wody do wszystkich butelek jakie posiadaliśmy i filtrując ją w dość dobrze zachowanej chacie ruszyliśmy do ostatniego dzielącego nas od Prypeci miejsca noclegu. Wiedzieliśmy, że im szybciej dojdziemy do Starych Szepeliczy tym dłużej będziemy mogli pospać przed finalnymi kilometrami wiodącymi nas już prosto do miasta. Wielogodzinne opóźnienie względem planu sprawiło, że gdy wycieńczeni kładąc się na łóżkach ustawialiśmy budzik, ten ku naszemu rozgoryczeniu poinformował nas, że zadzwoni za dwie godziny i trzydzieści minut....


piątek, 5 lipca 2019

Jak upały to do Zony, do Zony... Część druga




Powoli zaczynało świtać. Doszliśmy do betonowego budynku, w którym dawniej znajdowały się pompy mające zasilać stworzony po awarii system melioracyjny okolicznych pól. Na szybko przekąsiliśmy coś suchego, zmieniłem skarpetki i wykręciłem wkładki do butów. Słońce przywitało nas na asfalcie do Łubianki. Byliśmy zbyt zmęczeni akcją z pontonem, żeby zbytnio przejmować się ostrożnością, jednak raz po raz zerkaliśmy do tyłu, żeby nie zaskoczył nas żaden nadjeżdżający zza pleców samochód.


Asfaltowa droga na szczęście się nie dłużyła i po minięciu kilku majestatycznie przecinających spalone lasy linii wysokiego napięcia, zwanych przez ukraińców LEP-ami (od ЛЭП - Линия электропередачи [linia elektroperedaczi], czyli na nasze: linia przesyłu energii) dotarliśmy do znajomego rozwidlenia dróg we wsi Łubianka.


Idealnie proste, ciągnące się przez dziesiątki kilometrów linie wiecznie będą robić na mnie wrażenie.
Mógłbym pod nimi siedzieć godzinami i w akompaniamencie bzyczenia prądu patrzeć w dal.




Najpiękniejsze wschody słońca widziałem w Łubiance (kliknij, żeby powiększyć)

Łubiańskie pola tradycyjnie o tej porze spowite były gęstą mgłą, a próbujące się przez nią przebić promienie słońca raczyły nas niepowtarzalnymi widokami. Przy skręcie na szutrową drogę do samej wsi zauważyliśmy w trawie biały obiekt. Okazał się być czaszką krowy. Skąd wzięło się domowe bydło w Zonie? Po okolicznych wsiach od pewnego już czasu biega sobie samopas niemałe stadko zdziczałych krów. Prawdopodobnie są to potomki i potomczynie krów, którymi zajmowała się baba Olga, jednak kiedy brakło jej sił na dalszą pieczę nad nimi, zaczęły dbać o siebie same. Nieprzygotowane do życia bez człowieka powoli zdychają, jednak niektóre z nich radzą sobie nadzwyczaj dobrze i nierzadko dochodzi do sytuacji, że z opuszczonej chaty wprost na ciebie wybiega rozjuszony byk. Równie często jednak można znaleźć takie trofea, lub nawet całe zdechłe, powoli rozkładające się truchła.

Trofeum założyłem na plecy z planem przystrojenia chaty w cenną ozdobę, na róg zawieszając reklamówkę z butelkami po wodzie. Szurając ze zmęczenia nogami ruszyliśmy w głąb wsi.





Wycieńczeni i śpiący, w końcu dotarliśmy do chaty, by kilka minut później paść na wygodne materace i zasnąć. Dziesięć godzin później po zjedzeniu czegoś, co można nazwać obiadem wypoczęci i najedzeni wyruszyliśmy na krótkie zwiedzanie. Krótkie, bo tego dnia mieliśmy jeszcze w planach przeprowadzkę do innej wioski. Dochodząc do centrum wsi, za jaki uważam klub, sklep i pomnik partyzanta usłyszeliśmy głosy, a w krzakach przed nami zamajaczył biały bus.

Składu busa nie ujawnię :)
Trochę podchodów, sondowania sytuacji i nasze przypuszczenia okazały się prawdziwe. Wyszliśmy z zarośli, żeby przywitać się ze znajomymi z legalnej wyprawy. Nie obyło się oczywiście bez wypicia kilku „czarek” samogonu i zrelacjonowania nocnych przygód. Niestety rozpalone przez nich ognisko już dogorywało, więc na kiełbaski się nie załapaliśmy. Czarnobylscy przyjaciele dali nam jednak siatę z chlebem, kiełbasą, kilka butelek wody mineralnej (jak się później okazało zbawiennych) i po kilkunastu minutach miłej pogawędki odjechali.

Popilnowaliśmy jeszcze kilka minut ogniska, żeby nie dopuścić do kolejnego pożaru w tej niepozbawionej pechowej historii wsi i ruszyliśmy na WiFi tamę w poszukiwaniu zasięgu i ładnych widoków. Ta okazała się odmalowana za pomocą białej farby w najbardziej możliwy chamski sposób, ale kto by się przejmował starannością w zapomnianej przez Boga wiosce w Czarnobylskiej Zonie. 


Szukanie zasięgu, jak za starych, dobrych czasów
Niski stan płynącej tędy rzeki Illji nastrajał nas optymistycznie przed zaplanowanym na za kilka dni plażowaniem w Prypeci. Odganiając półtoracentymetrowe mrówki i raz po raz wdrapując się na wysokie korby tamy w końcu złapałem zasięg i poinformowałem kilku znajomych o pomyślnym wejściu do Zony. Czas było wracać do domu.

Po spakowaniu, wyniesieniu śmieci, zamieceniu podłogi i powieszeniu czerepu krowy na ścianie (zdjęcie ilustrujące ten wpis) w końcu ruszyliśmy do kolejnej wioski, w której planowo mieliśmy nocować. Do chatki dotarliśmy przed zachodem słońca. Otworzyłem drzwi i na ułamek sekundy zamarłem. Przywitał mnie, bowiem taki oto widok:




Powoli podszedłem do jegomościa i ścisnąłem jego łydkę, żeby przekonać się, że nasz podróżny jest tylko wypełnioną sianem kukłą. Ot, stalkerskie poczucie humoru.

Wody starczyło nam jedynie na przyrządzenie obiadokolacji i przygotowanie butelki słodkiej jak ulep herbaty. W plecaku wciąż miałem podarowane przez znajomego z białego busa trzy białostockie kiełbaski. Rozpaliliśmy więc w palenisku przed domem ognisko i jak przystało na prawdziwe, polskie wakacje – na wystruganych kijach przyrządziliśmy mięsiwo.



Najedzony położyłem się na ławie w kuchni. Typowej podłużnej ławie jakie w starych chatach można znaleźć przy stole na którym cała rodzina je w niedzielę obiad. Długo jednak nie mogłem zmrużyć oka. Gdy już prawie zasnąłem między stopy wskoczyło mi jakieś futro. Zapaliłem trzymaną na wszelki wypadek w śpiworze latarkę, żeby zauważyć tylko uciekający po piecu i wskakujący na poddasze przez dziurę w suficie puchaty ogon wiewiórki. W końcu zasnąłem. Co chwila budziły mnie jednak dźwięki podchodzących do chaty zwierząt, uruchamiających "alarm" w postaci zawieszonego na sznurku krowiego dzwonka lub ścierpnięta, pozbawiona  czucia od leżenia na niej  ręka. Nie potrafię się wyspać w Zonie...

Następny dzień spędziliśmy pod znakiem poszukiwań nadającej się do picia wody. Ale o tym w kolejnej części. Poniżej kilka zdjęć z opisanego wyżej dnia:

(kliknij w zdjęcie, żeby powiększyć)

1. Prowizoryczna naprawa zawalonego zimą krzyża:



2.  WiFi tama i szukanie zasięgu:



Ukraińska sztuka malowania mostów.


3. Łubiańskie klimaty







Autorzy zdjęć: PolishStalker i Karol Karol