czwartek, 30 marca 2017

Drugi Nielegal, czyli jak nie organizować wyjazdu za granice…ale dobrze się przy tym bawić - Część III


Część III

13 sierpnia 2016
14:30 (13:30 czasu polskiego)

- No dobra udało się, fajnie, ale teraz trzeba pomyśleć co robimy dalej - stwierdziłem na stacji benzynowej, kilkaset metrów za granicą.
- Na pewno musimy trzymać się z daleka od kierowcy TIRa, z którym się zderzyłam - zażartowała Justyna
 No i proszę cię - nie opowiadaj nikomu o tym zdarzeniu...
- Nie ma sprawy, choć jestem pewien, że pierwsza to zrobisz - zaśmiałem się, choć faktycznie, kilkanaście minut później wszyscy jej znajomi już o tym wiedzieli :)


W końcu na Ukrainie!

   Chwilkę odpoczęliśmy, zjedliśmy kolejną, zarezerwowaną na życie w Zonie porcję kabanosów i zgodnie z zaleceniami spotkanych Ukraińców postanowiliśmy przejechać 500 metrów dalej w miejsce skąd powinny odjeżdżać busy i autokary wgłąb Ukrainy.
Wsiedliśmy na rowery i z trudem utrzymując równowagę (dodatkowy plecak, a u Justyny - torba na bagażniku) po chwili dotarliśmy do miejsca, które uczestnicy wyjazdów do Czarnobyla powinni kojarzyć ze sklepu o nazwie Komora Plus wywołującego nie wiedzieć czemu uśmiech na twarzach połowy grupy.


Komora losowania jest pusta, następuje zwolnienie blokady...
 Tak, to z pewnością takie skojarzenie przywodzi na myśl ten sklep...



Działa tu wiele małych, przygranicznych biznesów, typu wymiana walut, czy sprzedaż owoców. Jest to także miejsce odjazdu taksówek, czy niewielkich busów do oddalonego o sześćdziesiąt kilometrów Kowla, pierwszego większego miasta na głównej drodze prowadzącej od granicy do Kijowa.

Po kilkunastu minutach pytania "którędy na Kowel?" i słuchania, że "koniecznie musicie odwiedzić Jezioro Świteź, to niedaleko, zawiozę was za sto hrywien" w końcu usłyszeliśmy od pewnej babuszki, trudniącej się sprzedażą arbuzów, że najszybciej będzie dojechać do miejscowości Rymacze, w której znajduje się stacja kolejowa Jahodyn, nazwana tak od nieistniejącej obecnie już wsi. Tą samą nazwę po ukraińskiej stronie nosi również przekroczone przez nas przejście graniczne.

Tak też zrobiliśmy. Szybkie spojrzenie na mapę i już wiemy, że mamy do przejechania sześć kilometrów. Pozornie mało, jednak nierówna walka ze źle rozłożonym ciężarem bagaży dawała nam się we znaki. Metodą "małych kroczków", czyli...

- Widzisz ten znak 500 metrów dalej?
- Widzę
- No to do niego dojedziemy i zrobimy krótki postój
- Przekonałeś mnie

 ..., targani podmuchem wiatru przez mijane TIRy oraz żartując, że jeden z nich będzie chciał wziąć odwet za zarysowany bok, w końcu po godzinie dotarliśmy do skrzyżowania.


---

W tym momencie muszę przypomnieć, że Justyna od dobrych 15 lat nie jeździła na rowerze i musiała się tej sztuki nauczyć praktycznie na nowo. Z drobnymi problemami, ale szło jej to całkiem sprawnie.

---


   W oddali widać było wiejskie zabudowania i dość sporą, zabytkową stację kolejową z 1907 roku nijak nie pasującą swoim wyglądem do okolicy. Odbiliśmy w prawo, na dość dziurawą drogę i po przejechaniu kilkuset metrów trafiliśmy pod wspomniany dworzec. Z bliska prezentował się naprawdę przyjemnie. Widać było, że przeszedł niedawno generalny remont. Oprócz kilku osób zatrudnionych do obsługi stacji, nie zauważyliśmy nikogo więcej. Wieś sprawiała wrażenie opustoszałej.


Dworzec w pełnej okazałości

   Z rozmowy z podpitym dróżnikiem wynikło, że najbliższy pociąg w kierunku Kowla odjeżdża za godzinę o 18:30.
Weszliśmy do budynku stacji i zanim kupiliśmy bilety, zapytaliśmy siedzące tam i plotkujące panie, czy jest możliwość zabrania ze sobą roweru do pociągu. Użyłem ukraińskiego słowa "welocyped", jednak te nie miały pojęcia o co nam chodzi. Zawołały swoją koleżankę, a ta do nich "welocyped, nu po naszemu rower".
Bilet kosztował jakieś grosze, dodatkowo dostaliśmy kwitek, że mamy większy bagaż (rowery). Podziękowaliśmy więc i wróciliśmy do palenia ukraińskich już papierosów.

Na kilkanaście minut przed przyjazdem pociągu z letargu wyrwał nas deszcz, który w połączeniu z wysoką temperaturą (pamiętacie pewnie jakie upały panowały w sierpniu 2016 roku) był zbawienny. Schowaliśmy rowery do środka, a sami wyszliśmy delektować się letnią mżawką.

   Przyjechał pociąg. Tego się jednak nie spodziewaliśmy. Wyglądał jak zabytkowa wąskotorówka. W środku nalepione były naklejki informujące o sto pięćdziesiątej piątej rocznicy istnienia Львівської залізниці (Kolei Lwowskich) i nie zdziwiłoby nas gdyby te wagony faktycznie pamiętał czasy przynajmniej setnej rocznicy tego przedsiębiorstwa. Wnętrze wagonów przywodziło na myśl szósty odcinek Wilka i Zająca. Te same drewniane ławki i półki na bagaże, jedyna różnica to elektryczna lokomotywa na miejsce tradycyjnej ciuchci. Krótkie porównanie:

Nu Zajec, nu... pagadi!!!


   Pijany dróżnik gwizdnął i ruszyliśmy. Z każdą mijaną stacją pociąg się zapełniał. Tak jak przy okazji ostatniej wyprawy mijaliśmy wioski, w których mieszkało raptem kilka osób, a że w danym miejscu jest stacja nie wynikało z żadnego znaku, a raczej z przyzwyczajenia maszynisty. W pewnym momencie wydawało się nam, że znajdujemy się w jakimś mobilnym muzeum wsi ukraińskiej, tyle było tutaj folkloru: baby w chustach i strojach w kwieciste wzory z wózkami i tobołami skrywającymi plony ze swoich pól oraz słojami pełnymi przetworów z przydomowego ogródka. Nikt też nie był zbulwersowany, gdy obca baba zwróciła uwagę czyjemuś dziecku, że za głośno krzyczy. Rodzic jeszcze jej za to podziękował i trzepnął swoją pociechę na dokładkę w tyłek  - jak za starych dobrych czasów...


W tym pociągu rowery przeszkadzały najmniej. Zobaczycie co będzie potem :)


   Po ponad godzinie zatrzymaliśmy się na dworcu w Kowlu. Z pomocą współpasażerów z nami jadących wyjęliśmy nasze rowery i weszliśmy do hali dworca, by zorientować się kiedy odjeżdża nasz pociąg do Korostenia. Na szczęście nie musieliśmy długo czekać, bo miał zjawić się na stacji za kilka minut, a odjechać za pół godziny. Idąc w kierunku kas usłyszałem znajomy język wydobywający się z ust osób, tak jak my trzymających w rękach kierownice swoich rowerów. Przywitaliśmy się, powiedzieli nam, że przyjechali z Poznania i przez ostatnie dwa tygodnie przejechali dookoła całą Ukrainę. Ukrywając swój cel i wymijająco podając losowe nazwy miejscowości przez które zamierzamy przejeżdżać wywiedzieliśmy się jakimi pociągami najlepiej jechać i jak wygląda zabieranie rowerów na pokład - nie najlepiej, ale idzie się z obsługą pociągu dogadać.

Podeszliśmy do kas i poprosiliśmy o "dwa do Korostenia" oraz zapytaliśmy czy można wnieść ze sobą rowery. Kobieta zastanowiła się i odpowiedziała zdawkowo "zapytajcie kierownika pociągu". Podeszliśmy więc do kierownika pociągu, a właściwie  to do losowej osoby stojącej przy pociągu i ubranej w strój oznajmiający nam, że być może jest to pracownik kolei i zapytaliśmy go o to samo. Odpowiedział, krótko "nie wiem, zapytajcie w kasie".
Wróciliśmy, więc do kasy i powiedzieliśmy do okienka:

- Kierownik się zgodził
- No dobra, ale musicie kupić bagażnik
- Jaki znów, bagażnik? - zapytałem zdziwiony
- No bagażnik, pff... bagażnyj kwitok

 Z jej słów wynikało, że chodzi o jakiś dodatkowy bilet na przewóz nadmiarowego bagażu. Poprosiłem, więc o taki, okazało się jednak, że kasa bagażowa znajduje się kilkaset metrów dalej, na końcu peronu. Spojrzałem na zegarek - świetnie... 10 minut do odjazdu. Zostawiając Justynę z rowerami pobiegłem szybko w kierunku wspomnianej kasy i na szczęście bez większych komplikacji udało się tam kupić dwa "bagażniki". Równie szybkim tempem wróciłem i widząc, że pociąg już zamierza odjeżdżać wbiegliśmy weseli ze szczęśliwego obrotu sprawy do losowego wagonu.

  Pociąg ruszył. Dopiero po chwili dotarło do nas, co znaczy napis "Плацкарта" widniejący na bilecie. Trafiliśmy właśnie do tzw. Płackarty, czyli ciasnego wagonu, z rzędem dwupiętrowych łóżek, mogącego łącznie pomieścić 54 podróżnych oraz obsługę. Każdy wagon posiada również dwie toalety, samowar "Tytan" z gorącą wodą oraz co najważniejsze - panią wagonową, która jest tutaj nie znoszącą sprzeciwu carycą i do której poleceń należy się bezwzględnie stosować. Poza tym nie ma tragedii. Każdy otrzymuje pościel, czyli poszewkę na kołdrę i poduszkę oraz prześcieradło. Wszystko z logiem УЗ (ukr. Укрзалізниця, pol. Ukrzaliznycja, czyli po prostu Koleje Ukraińskie. Ciekawostka - prezesem tej spółki jest Polak - Wojciech Balczun, gitarzysta zespołu Chemia). Dzięki temu długą podróż można pominąć zasypiając na dość wygodnym legowisku i budząc się wyspanym dopiero na stacji docelowej nie ustawiając nawet budzika. Dlaczego? Ano, jak już wspomniałem - każdy wagon wyposażony jest w panią wagonową, która przed wejściem do pociągu sprawdza i zabiera bilety. W swoim pomieszczeniu służbowym układa je chronologicznie tak, żeby mieć uszeregowanych pasażerów w kolejności wysiadania na kolejnych stacjach. Pomagier wagonowej z kolei (sic!) z tak ułożoną listą informuje lub w razie potrzeby budzi pasażerów na ich przystanku.  Dzięki temu nikt nie pojedzie dalej niż powinien, a także nikt nie zaśpi swojej stacji.

Poniżej schemat pojedynczej płackarty:

Na obydwu końcach toalety,  na przeciwko toalety samowar "Tytan", pomieszczenia po lewej stronie wagonu to odpowiednio, od lewej: toaleta, pomieszczenie służbowe, sypialnia dla obsługi pociągu.

  Jak pisałem, weszliśmy do losowego wagonu nie wiedząc czego się spodziewać. Miejsca w przedsionku i korytarzu było bardzo mało, a nasze rowery dodatkowo uniemożliwiały jakąkolwiek komunikację między wagonami. Wszyscy więc patrzyli na nas z wyraźnym podirytowaniem. Nie wróżyło to niczego dobrego, tym bardziej, że mieliśmy przed sobą niemal dziesięć godzin podróży.

----

   Zapomniałem o tym wcześniej wspomnieć, ale do przejechania mieliśmy trasę Kowel -> Korosteń, które to miasta dzieli niemal trzysta kilometrów prostej jak strzała drogi. Samochodem można tą odległośc przejechać w niecałe trzy godziny. Pociągiem jednak jechaliśmy siedem godzin dłużej, mijając Łuck, Równe oraz Nowogród Wołyński. Dla nieznających topografii Ukrainy, to mniej więcej tak, jakby z Krakowa do Warszawy pojechać przez Rzeszów oraz Lublin.

----
Wnętrze płackarty, czyli wagonu o najniższej z możliwych klas

   Wagonowa, która sama przed odjazdem zaproponowała nam wejście do jej wagonu, twierdząc, że nie ma już czasu na szukanie naszego, wzięła nasze bilety i stwierdziła, że musimy przejść 4 płackarty dalej, ale że nie ma tu dużo miejsca najlepszą opcją będzie szybkie wyjście z rowerami na na zewnątrz i przełożenie ich do prawidłowego już wagonu. Poinformowała nas, że pociąg zatrzymuje się na stacji za pół godziny, ale będziemy mieli raptem kilka minut, więc poleciła, żebyśmy przenieśli swoje bagaże najlepiej już teraz, by wszystko obyło się możliwie jak najszybciej.

   Pociąg zatrzymał się pół godziny później. W szczerym polu. Drzwi otworzyły się, a my, jak rażeni prądem wybiegliśmy pchając szybko nasze rowery i licząc mijane wagony. Jeden, dwa, trzy, dobra ten musi być nasz! Podeszliśmy do drzwi i z trudem wtargaliśmy nasz bagaż po czterech stromych schodkach prowadzących na znajdujący się półtora metra nad ziemią pokład.
Oparliśmy je o drzwi i zdemontowaliśmy przednie koła, żeby zrobić zwolnić trochę przestrzeni dla przechodzących między wagonami pasażerów. W końcu znaleźliśmy swoje miejsca, rozłożyliśmy pościel, podłączyliśmy telefony do power-banków i wreszcie mogliśmy się delektować właściwą częścią podróży... Nie, to by było zbyt idealne. Co chwilę wołała nas obsługa pociągu mająca coraz to lepsze pomysły na ulokowanie naszych rowerów w coraz to innym miejscu. W końcu postanowili, że najlepiej będzie je położyć przy niesprawnych drzwiach wagonu. Upewniając się, że w ten sposób już nikomu nie przeszkodzą i że jest to ostateczna decyzja usadowiliśmy się na swoich łóżkach i zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim i o niczym, aż dotarliśmy do stacji Łuck, gdzie mieliśmy ponadpółgodzinny postój.
Większość pasażerów, w tym my wyszła na zewnątrz rozprostować kości i przy okazji zapalić papierosa.


Nie wyobrażam sobie niepełnosprawnego wchodzącego po tych schodkach...


Po wypaleniu kilku papierosów uznaliśmy, że już jest odpowiednia pora (po 22-ej), żeby położyć się spać. Wróciliśmy do środka i kładąc się na naszych miejscach zasnęliśmy.

   Obudziłem się. Pociąg stał, w wagonie panował ruch. trochę ludzi wychodziło, trochę wchodziło. Odsunąłem firankę żeby zobaczyć gdzie jesteśmy i poczułem szturchającą mnie rękę. Cichy głos zapytał:

- Gdzie już jesteśmy?

Przyjrzałem się temu co widzę za oknem i odpowiedziałem

- W Sławutyczu, na głównym placu
- Bardzo śmieszne...
- No poważnie, zobacz
- Ej, bez kitu!

Faktycznie, widok za oknem przypominał niemal wypisz wymaluj plac centralny w miejscowości Sławutycz (wybudowanej po awarii w Czarnobylu dla pracowników wciąż działającej wtedy elektrowni). Wyglądało to jak gdyby przez jego środek poprowadzono tory i puszczano nimi dalekobieżne pociągi. Zdjęcie niewyraźne, ale sprawne oko zauważy podobieństwo :)


Zdjęcie robione....płackartą

Zasnęliśmy na nowo, żeby zostać obudzonym już na właściwej stacji, czyli w Korosteniu, choć budzenie to dużo powiedziane, bo polegało ono na dość mało delikatnym szturchnięciu mnie w bok, a w przypadku Justyny dość mocnym pociągnięciu za rękę i krzyczeniu czegoś po ukraińsku.

Spakowaliśmy się i patrząc po drodze czy niczego nie zapomnieliśmy, w końcu wyszliśmy na zewnątrz. Zgodnie uznaliśmy, że była to dośc ciekawa przygoda, ale tylko na raz. Nie chcielibyśmy tego więcej powtarzać.
Znaleźliśmy się na dworcu znanym już mi z pierwszej nielegalnej wyprawy.
Wciąż wisiały tu w różnych miejscach tabliczki z napisami "Rabota w Polsze" zachęcające Ukraińców do pracy w naszym pięknym kraju.


- Kurcze, właśnie szukam pracy. Myślisz, że mnie zatrudnią?
- Jak w CV wpiszesz "Znajomość języka polskiego na poziomie komunikatywnym zarówno w mowie ja i piśmie" to na pewno :) 

   Zegar na dworcu wskazywał, że zbliża się szósta, a telefon nieubłaganie mu wtórował dodając od siebie, że już od kilku godzin powinniśmy być w strefie. Mieliśmy już bowiem dzień czternasty, miesiąca sierpnia, a dla przypomnienia - autobus nie zabrał nas dwunastego. Tym razem szczęście się do nas uśmiechnęło - pociąg odjeżdżać miał za piętnaście minut i wszystko wskazywało, że nie będzie większych problemów z naszymi rowerami. Kupiliśmy bilety i po chwili weszliśmy do pociągu mającego nas zawieść do miejscowości Malin. A właściwie to nie "pociągu", a "elektriczki", bo tak, znowu trafiłem na identyczny skład jak ten, zawożący pracowników ze Sławutycza na stację Semichody, położonej zaledwie kilkaset metrów od Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej.

Rzuciłem żartobliwie wyjęty z kieszeni portfel na znajdujące się przede mną miejsce i po chwili go podnosząc zajęliśmy zarezerwowaną przed sekundą kanapę.

----

Dla tych, którzy nie jechali nigdy wspomnianą czarnobylską elektriczką, krótkie wytłumaczenie:
Codziennie tysiące ludzi korzystają z identycznego składu jako transportu do pracy w Czarnobylskiej Zonie. Każdy z nich od lat siedzi na tym samym miejscu, z tymi samymi znajomymi. Gdy pojawiamy się tam my, turyści i chcemy zająć konkretne miejsce, wiemy, że nie wolno nam siadać, gdy jest ono "zarezerwowane". Jak taka rezerwacja wygląda? Ano na rzeczonej kanapie leżą karty do gry, parasolki, torby, siatki, czy klucze. Grupa z reguły jest odpowiednio wcześnie informowana o takim zwyczaju, żeby przypadkowo nie popełnić strefowego faux pas.

Tutaj porównanie elektriczki "czarnobylskiej" i tej "malinowej":

Ta po lewej to... a zresztą, zgadnijcie sami :) Jakby nie patrzeć, obydwie mają na celu zawieść nas do Zony :)

   Mijając równie malownicze krajobrazy jak podczas podróży spod granicy do Kowla po ponad godzinnej jeździe dotarliśmy do pierwszego planowanego celu naszej podróży, czyli miejscowości Malin. Czterech panów po pięćdziesiątce, gdy zauważyło, że Justyna zmierza w kierunku wyjścia pobiegło za nią. Zrobili przy wejściu szpaler, pomogli jej znieść rower i odganiali innych pasażerów krzycząc "Chwila! Nie widzicie, że dziewczynce rower wynosimy?!"

   Słońce już całkowicie wzeszło, nie było wielkiego upału, wiał dość przyjemny wiatr. Uznaliśmy więc, że nie ma sensu łapać busa, mając transport ze sobą. Do hotelu, podjedziemy.
Ruszyliśmy w dół ulicy Ohienka, by po chwili znaleźć się na znanym już mi rondzie. Zatrzymaliśmy się przy pomniku z serii Dzwony Czarnobyla, zrobiliśmy kilka zdjęć monumentowi oraz pięknie wschodzącemu słońcu i ruszyliśmy dalej ulicą Hruszczewskiego.




Justyna w promieniach słońca


   Przejeżdżając obok domu (wtedy jeszcze nieświadomie) dziadka, który dokładnie rok wcześniej pomógł mi wrócić do Polski oraz mijając remizę straży pożarnej, której strażacy trzydzieści lat temu brali udział w gaszeniu Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej dotarliśmy do pierwszego pierwotnie planowanego noclegu, czyli hotelu Ukraina.

   Poprosiłem Justynę, żeby poczekała z bagażami na zewnątrz, a sam wszedłem do środka. Zapytałem ochroniarza, czy moglibyśmy na wewnętrznym podwórku zostawić nasze rowery. Zgodził się.


Rowery w reprezentacyjnym miejscu

   Gdy rowery były już w bezpiecznym miejscu, weszliśmy na drugie piętro zameldować się w recepcji. Poinformowana o naszym spóźnieniu dzień wcześniej recepcjonistka dała nam klucze i pokazała pokój. Pałac prezydencki to to nie był, ale też nie było na co narzekać. Ot, zwykły pokój hotelowy na Ukrainie. Dwa łóżka, mały telewizor, lodówka, łazienka i dywan na ścianie. Nic więcej do szczęścia nie było nam potrzeba. Poszedłem do łazienki, by pierwszy raz od dwóch dni się wymyć. Odświeżony, założyłem czyste ciuchy i podłączając całą elektronikę do ładowarek, opadłem bez sił na łóżko i zasnąłem.

Koniec części III

czwartek, 23 marca 2017

Drugi Nielegal, czyli jak nie organizować wyjazdu za granice…ale dobrze się przy tym bawić - Część II

Część II

13 sierpnia 2016
00:01
Dworzec autobusowy Warszawa Zachodnia

- Dobra, to jeszcze raz zobaczmy jakie mamy opcje – zakomenderowała Justyna
- Ok, to po kolei: autobusy odpadają… dzwoniłem i powiedzieli, że nie mają już miejsc, pociąg to koszt 400zł, poza tym najbliższy jest jutro o szesnastej. Jedyne co mi przychodzi do głowy na teraz to BlaBlacar plus  pomęczę Pawła, może on na coś wpadnie.

Próby dodzwonienia się do znajomego spełzły na niczym, jednak po chwili otrzymałem wiadomość o treści: „Kto pisze? W czym mogę pomóc?” – widocznie nie miał mnie w kontaktach.
Odpisałem krótko o co chodzi i już po chwili rozległ się dzwonek telefonu - przygotowany specjalnie na tę wyprawę śpiew godowy Puszczyka Uralskiego - tak na wszelki wypadek, żeby nie zostać w strefie wykrytym, a być na bieżąco z powiadomieniami.
Zaspany głos Pawła miał tylko kilka pomysłów. Każdy z nich sprowadzał się do próby przekroczenia z kimś (TIR, autostop) granicy i szukania transportu po drugiej stronie. Podziękowałem za ciekawe opcje i po rozłączeniu się postanowiłem jeszcze kilka minut poszukać szczęścia w BlaBlacarze.
Wyszukiwarka znalazła samych ukraińskich kierowców, z których tylko jeden potrafił płynnie mówić po polsku. Ostatecznie i tak, żaden z nich nie posiadał samochodu będącego w stanie pomieścić dwa rowery. Zrezygnowany szturchnąłem śpiącą od jakiegoś czasu Justynę i przekazałem jej niepokojące wieści. Odpowiedziała przez sen:

- A Karol?
- Co „Karol”?
- Twój brat
- No... ale co z nim?
- Przejeżdżał kilka miesięcy temu granicę na rowerze.
- Kurcze... zapomniałem zupełnie o tym… no jest to jakiś pomysł i nawet do ogarnięcia.
- Tylko trzeba tam jakoś dojechać
- To akurat nie problem. Najlepiej będzie złapać jakiś autobus do Lublina, stamtąd czymś do Chełma, a dalej to byle busem, czy taksówką podjechać pod przejście w Dorohusku.
- Poszukasz?
- Poszukam

  Szybki przegląd po ofertach lokalnych przewoźników i jest!

- O 4:30 mamy autobus do Lublina
- A która jest?
- 1:30

- Tylko módlmy się, żeby wziął nasze rowery
- Ha ha, no innej, lepszej opcji nie widzę.

Zapowiadały się kolejne, nużące godziny czekania...

3 godziny później

Zaniepokojony brakiem autobusu zostawiłem śpiącą Justynę i poszedłem szukać, czy przypadkiem ktoś inny też nie czeka z nami na transport. Znalazłem jednego człowieka. Stwierdził jedynie, że "lubią się spóźniać, nawet o godzinę".

Autobus w końcu przyjechał. Rzucając swój rower na ziemię, podbiegłem szybko do kierowcy błagać go o możliwośc zabrania całego naszego majdanu, Na szczęście luki bagażowe były puste, więc wystarczyło złożenie kierownic. Weszliśmy do środka i płacąc jakąś śmiesznie małą kwotę za biletym, w końcu mogliśmy ruszyć naszą wyprawę o mały (lecz w końcu jakikolwiek) krok do przodu. Jako, że na dworcu nie zmrużyłem nawet oka pilnując bagaży rozsiadłem się wygodnie w fotelu i zasnąłem.

Obudziłem się dopiero w Lublinie.
Wyciągnęliśmy torby i rowery i zaczęliśmy zastanawiać się, co dalej. Rozkład jazdy wykazał, że najbliższy autobus do Chełma odjeżdża za godzinę, ale z zupełnie innej części Lublina. Postanowiłem zobaczyć jeszcze jak wygląda sytuacja z pociągami.
- Do Chełma to najbliższy odjeżdża o 8:05. Którą mamy?
- 7:40
- Kurwa, nie zdążymy... ale chociaż spróbujmy. Patrz, taksówka tam stoi, może nas zawiezie.
- Coś ty za mała
- No, ale nie zaszkodzi zapytać.
Podbiegłem z prędkością światła do kierowcy „Vectry w Kombi”
- Zmieszczą się dwa rowery?
- Powinny wejść



Następny raz biorę Wigry 3 :)


Po złożeniu siedzeń rowery weszły na styk, ale jedna z osób (zgadnijcie kto?) musiała siedzieć na podłodze. Kierowca wiedząc, że się śpieszymy gnał jak szalony, jednak już na samym początku stwierdził, że czarno to widzi.


Pod dworzec podjechaliśmy o 8:06. Wybiegłem z samochodu zobaczyć czy pociąg jeszcze stoi. Oczywiście już odjechał. Kierowca celnie zażartował, że w Polsce pociągi są punktualne wtedy kiedy akurat najmniej byśmy tego chcieli.
Zapłaciliśmy i weszliśmy na halę dworca. Z rozkładu wynikało, że kolejny pociąg odjeżdża o 9:40.
- Nie ma tragedii, pójdę zapalić i kupię bilety.
Stanąłem przed budynkiem dworca i zapominając, że jeszcze jesteśmy w Polsce zapaliłem papierosa. Podeszło do mnie dwóch „SOK-istów” i poprosiło o dokumenty.

- Ale o co panowie chodzi?
- Pali pan przed budynkiem dworca – jest tu wielki napis „zakaz palenia”
- Poważnie? Myślałem, że dotyczy on palenia w środku.
- Nie, na zewnątrz też nie można.
Otwierając portfel zrobiłem to, co robię zawsze w takich sytuacjach.
- Może być legitymacja?
- Może. Czyli pan się jeszcze uczy. Pracuje pan gdzieś?
- Tylko teraz, w wakacje – skłamałem. Wszystkie odłożone pieniądze poszły na ten wyjazd.
- No dobra, tym razem damy panu pouczenie, ale następnym razem proszę patrzeć na znaki.
- Dziękuję bardzo i życzę miłej pracy

Wszedłem do środka i skierowałem się w stronę kas.
Pani w okienku wydając mi bilety powiedziała tekst, który powtarzamy sobie do dzisiaj:
„Miejsce stojące, bilet z Lublina do Chełma z przesiadką OCZYWIŚCIE w Rejowcu”
Wróciłem do Justyny i zapytałem:

- Ej, Justyna, ty znasz takie miasto Rejowiec?
- Nie, a czemu pytasz
- No bo wynika z tego, że to jakaś metropolia, w której pociągi z całego świata się zatrzymują.

Poczekaliśmy godzinę i gdy pociąg wjechał na peron podeszliśmy do wagonu (cały pociąg to był praktycznie jeden wagon, coś jak niskopodłogowy tramwaj) wypchanego po brzegi rowerzystami i ich rowerami. Wepchaliśmy się do środka i myśląc, że już więcej ludzi tu nie wejdzie, zauważyliśmy tłum ludzi.... z rowerami, którzy na kilka minut przed odjazdem postanowili nam umilić podróż do Rejowca. Nie mam pojęcia jak oni się zmieścili, ale jakoś się udało.

- Staszek, a może ten Rejowiec to jakieś centrum światowego kolarstwa?
- Tak, Tour de Pologne ma tam z pewnością pierwszy odcinek :)

Pociąg zatrzymał się w szczerym polu, gdzie o tym, że jest tu stacja przypominała jedynie zardzewiała tabliczka z napisem „Rejowiec”
Wyszliśmy razem z innymi pasażerami i przechodząc w poprzek torów doszliśmy do pociągu pamiętającego czasy Gomułki, podstawionego tam tylko jako „przesiadka”.
Tym razem przestronny korytarz pozwalał na pozostawienie roweru i odpowiedniej przestrzeni dla wysiadających, jednak i ta była zbędna, po stacje były tylko dwie: Rejowiec i Chełm.

Po dotarciu do Chełma przedzwoniliśmy kilka firm taksówkarskich. Dopiero za którymś razem udało się znaleźć taką, która podejmie się zabrania naszych rowerów.
Kilka minut później przyjechał mały samochód dostawczy rozmiarów Renault Kangoo. Kierowca wyraził obawy, czy rowery się zmieszczą, jednak po moim stwierdzeniu „Do Vectry weszly…” zmienił zdanie i składając wszystkie fotele, oprócz jednego z tyłu zapakował nasze rowery i wreszcie mogliśmy ruszać w kierunku granicy.



Into the light!


Wartość na taksometrze zaczęła rosnąć z zatrważająco dużą prędkością. Innej opcji jednak nie mieliśmy i mijając gigantyczną kolejkę do kontroli paszportowej zatrzymaliśmy się na bocznej dróżce przed granicą.

- Ile się należy?
- 98zł
- Co tak dużo?
- No 40km plus dodatek za przyjechanie samochodu dostawczego
- Pff… no dobra niech będzie.

Wyszliśmy z samochodu, wyciągnęliśmy nasze rowery i pożegnaliśmy się z kierowcą. Znajdowaliśmy się przy ciągu kantorów, budek z kebabami i pensjonatów. Zapytałem Justynę, czy poradzi sobie z jazdą przez granicę. Okazało się, że siedzi na rowerze pierwszy raz od dobrych kilkunastu lat. Nie brzmiało to optymistycznie, jednak byliśmy dobrej myśli. Postanowiłem zrobić przyspieszony kurs jazdy na rowerze na dróżce ze zdjęcia poniżej.

Nie szło najgorzej. Bardziej martwił mnie fakt, czy jako rowerzyści możemy minąć wszystkie samochody, czy może powinniśmy jednak zając swoje miejsce w kilkukilometrowej kolejce. Zauważyłem, że obok nas stoi zielony samochód z napisem Straż Graniczna. Postanowiłem, więc rozwiać swoje wątpliwości prosto u źródła.

- Dzień dobry. Mam takie nietypowe pytanie. Chcemy przejechać na rowerach granicę i czy powinniśmy…
- Ale jak „na rowerach”? Granicę?
- No wsiąść na rowery i przejechać.
- Przecież tak nie można, to jest przejście samochodowe – odpowiedział Strażnik, jak później się okaże - mylnie
- Jak to? Już tak raz robiłem – zmyśliłem, uznając, że opowiadanie o bracie, który już to przejście w ten sposób pokonywał jest mniej wiarygodne.
- Powtarzam panu, że tak się nie da. 10km na północ stąd budowane jest przejście pieszo-rowerowe, za tydzień będzie otwarte, spróbujcie tam – błysnął funkcjonariusz.
- Za tydzień to my będziemy już z Ukrainy wracać.
- To bardzo mi przykro, ale nie widzę innego rozwiązania

Pożegnałem się i postanowiłem zrobić to samo co zrobił mój brat przed przekraczaniem tego przejścia, czyli zadzwonić na ich infolinię, mimo, że najprawdopodobniej stoję nie więcej niż 500 metrów od osoby, do której zamierzam zadzwonić. Po wybraniu numeru i wysłuchaniu formułki o nagrywaniu rozmowy odezwał się męski głos:

- Oddział Celny w Dorohusku, słucham
- Dzień Dobry, chciałem się upewnić czy wasze przejście można przekraczać również na rowerze.
- Wie pan?... Przejeżdżają czasami, więc nie widzę problemu.
- To świetnie, bo pogranicznicy stojący kilometr od przejścia uznali, że nie ma takiej możliwości argumentując, że jest to przejście samochodowe.
- No to źle powiedzieli, bo to jest przejście drogowe, a rower według przepisów porusza się po drodze na niemal tych samych zasadach, co samochód
- A jeszcze muszę zapytać o jedno. Czy powinniśmy ustawić się w tej gigantycznej kolejce samochodów, czy możemy po prostu je ominąć.

  Pogranicznik zrobił przerwę i stwierdził:

- Wie pan, no MUSZĘ – chrząknął - panu powiedzieć, że nie widzę żadnych przeciwwskazań, żeby pan w tej kolejce nie stał.

Widząc do czego dąży (rozmowa, jak wspomniałem była nagrywana) podziękowałem i rozłączyłem się, po czym zakomenderowałem, że jedziemy w kierunku szlabanów strzegących wjazdu na przejście graniczne. Zauważyliśmy, że obok nas stoi motocyklista. Widząc naszą niepewność, stwierdził, że zawsze w ten sposób przekracza granicę i nigdy nie było problemu z ominięciem „osobówek”, ale na wszelki wypadek podjedźmy razem i zapytamy pana „szlabanowego”.
Ruszyliśmy. Justyna: powoli, ale stabilnie (lub na odwrót), ja trochę pewniej mimo goniącej nas fali przekleństw w obydwu językach.

- Jakim prawem?! Ustawcie się w kolejce, suka bljat!

Na szczęście nikt nie zamierzał szeryfować zajeżdżaniem nam drogi i chwilę później staliśmy już przed szlabanem. Podszedłem do celnika, a ten na moje pytanie, czy możemy się tak wepchnąć stwierdził jedynie: „Wie pan co? Rowerem chyba korku nie zrobicie, śmiało wjeżdżajcie!”

Znaleźliśmy się w końcu na przejściu granicznym. Okazało się, że pojawienie się tam roweru jest traktowane na równi z przejazdem papieża. Wszyscy zainteresowani co my tu robimy, każdy się uśmiecha, robi zdjęcia, jednym słowem – widać, że to nie częsty widok. Poproszono nas o ustawienie się na samym przedzie, a po krótkiej chwili zabrano paszporty, żeby niedługo potem je oddać. Nie każąc nam nawet ściągać plecaków, a tym bardziej ich otwierać pozwolono ruszyć w kierunku mostu na rzece Bug. Ucieszeni wjechaliśmym a ja, widząc, że miejsca między samochodami jest dość mało postanowiłem powiedzieć Justynie, że jeśli nie czuje się na siłach to nic się nie stanie jak zejdziemy z rowerów i poprowadzimy je przez te kilkaset metrów. Nie zdążyłem nawet dokończyć zdania i usłyszałem głośne uderzenie. Patrzę do tyłu, a tam obok lekko zarysowanego TIRa leżą - rower Justyny i ona sama. Kierowca (Ukrainiec) przez 10 minut nie dał się przeprosić, ani nie chciał nawet słyszeć o 50zł w ramach zadośćuczynienia. Wyklął ją i jej rodzinę na dziesięć pokoleń wstecz, jednak gdy zobaczył, że "zarysowania" schodzą przy pomocy szmatki i Ludwika, złagodniał i serdecznie nas pożegnał każąc nam "spierdalać z jego oczu". Próbując zachować powagę i żartując, że Justyna jest jedyną osobą, która przeżyła zderzenie roweru z TIRem, minęliśmy bramki dozymetryczne tym razem nie wzbudzająć alarmu. Prowadząc już dalej rowery dotarliśmy do ukraińskiego celnika rozdającego "karteczki", czyli po prostu... karteczki, na których jest napisana marka samochodu oraz numer rejestracyjny. Lekko zdezorientowany dał nam dwie sztuki, na których nabazgrał wielki napis "Welik" (od ukraińskiego welocyped - rower).

Na ukraińskiej części przejścia granicznego entuzjazm spowodowany naszym przybyciem był już bardziej stonowany, jednak dawało się zauważyć, że jesteśmy miłą odmianą podczas ich rutynowej pracy.
Zapytany o cel podróży odparłem, że jedziemy w kierunku Kowla, a docelowo chcemy dojechać do Kijowa, co pomijając, że po drodze planujemy zahaczyć nielegalnie o Czarnobyl, w pewnym sensie było prawdą.

Ostatecznie, znów bez kontroli naszych bagażów, dostaliśmy pieczątkę, że przeszliśmy kontrolę paszportową. Śmiejąc się do siebie z wielkiego napisanego w kilku językach baneru "Ukraina wolna od korupcji" i widząc, że nic się wokół nas już nie dzieje uznaliśmy, że to chyba koniec procedur i ruszyliśmy w kierunku szlabanu oznaczającego, że już na sto procent jesteśmy na Ukrainie. Dojechaliśmy do rogatki i podając tęgiej pograniczniczce nasze "karteczki" dowiedzieliśmy się, że oprócz kontroli paszportowej winniśmy przejść również kontrolę celną (Myto, nuuu po waszemu cło!). Wróciliśmy się, jadąc 300 metrów pod prąd. Gdy zapytaliśmy obsługującą nas wcześniej celniczkę co z tym fantem mamy zrobić dowiedzieliśmy się jedynie, że ich system nie przewidział sytuacji, w której ktoś będzie próbował przejeżdżać przez ich granicę rowerem, przez co nie może wprowadzić numeru rejestracyjnego do komputera, dlatego możemy spokojnie jechać dalej.
Zapytałem się jeszcze jak ma na imię, żebym w razie czego mógł się na nią powołać.

Podjeżdżając pod szlaban od razu powiedziałem:

- Luda kazała przekazać, że możemy spokojnie już wjechać na Ukrainę.
- Tak powiedziała? No dobra to jedźcie

Nie znając aż tak dobrze języka ukraińskiego nie zrozumiałem ostatniej części zdania i kilkukrotnie dopytując się czy możemy w końcu już jechać usłyszeliśmy od wzburzonej Ludy:



- NU WSJO! PAJECHALI W UKRAINU!!!



Krzyż witający podróżnych na Ukrainie
Koniec części II

poniedziałek, 20 lutego 2017

Drugi Nielegal, czyli jak nie organizować wyjazdu za granice…ale dobrze się przy tym bawić - Część I: Prolog


Część I - Prolog

Początek kwietnia 2016, powrót z legalnego wyjazdu do Strefy Czarnobylskiej

-… no i planowałem tego dziadka odwiedzić w przerwie między dwoma Czarnobylami, ale ostatecznie…
-…Chętnie bym pojechała na taki wyjazd – wtrąciła się w opowiadaną koledze historię poznana kilka dni wcześniej Justyna
- Przecież wiesz, że nie chcę już ryzykować. Za dużo mam do stracenia, żeby bawić się w "nielegale". Przyrzekłem sobie ostatnio, że na razie robię długą przerwę od takich przygód. Gdy zobaczę już wszystko legalnie, to przemyślę, czy nie wybrać się kolejny raz do Zony jako Stalker.

Kilka tygodni później

 „Nie ma opcji, Justyna - jedziemy - za bardzo mi to siadło na głowie, żeby teraz odpuszczać. Ale tym razem trzeba to przygotować już uber-profesjonalnie” – wiadomość na facebooku czekała tylko na kliknięcie ENTER.
Zaplanowaliśmy sobie, że "nielegal" zrobimy w wakacje, w połowie sierpnia. Oczywiście sama myśl o wyjeździe nie dawała mi spać i codziennie planowaniu poświęcałem kilka godzin, tak żeby faktycznie wszystko dopięte było na ostatni guzik.

Jako, że żadne z nas nie posiadało roweru trzeba było coś wymyślić, tak by tanim kosztem kupić sprzęt którego nie będzie żal w przypadku jego utraty. Ja postawiłem na OLX, gdzie znalazłem odpowiedni bicykl za koszt poniżej 100zł, Justyna z kolei złapała okazję w Auchanie.

Welocyped gotowy na swoją ostatnią podróż

W międzyczasie doszliśmy do wniosku, że ciekawą opcją będzie zorganizowanie wyprawy w terminie, w którym w Prypeci będzie legalnie przebywała polska grupa (w tym mój brat bliźniak)

2 tygodnie do wyprawy

Wszystko już pozałatwiane, bilety na autobus kupione i upewnione, że zabranie ze sobą tak dużego bagażu nie będzie problemem. Brakuje nam tylko...rowerów. Na tydzień przed wyprawą udało mi się kupić swój, a na kilka godzin przed odjazdem pociągu do Warszawy doprowadzony został przez brata do stanu używalności. Niewiadomą wciąż jednak pozostawała kwestia bicyklu Justyny.

Ostatecznie dogadaliśmy się, że dzień przed wyjazdem lub w jego dniu kupiony zostanie wypatrzony wcześniej "welik" i takim sposobem będziemy mogli już w spokoju wyruszyć na spotkanie z przygodą.

Dzień wyjazdu (12 sierpień 2016)

Wiedząc, że znajoma ma jakiś problem z telefonem, ustaliliśmy, że bez względu na wszystko spotkamy się 30 minut przed odjazdem, a najlepiej jeśli będzie to nawet godzina, bo warto byłoby rozkręcić nasze rowery i zafoliować je, tak by już zupełnie nikt nie mógł się przyczepić do sposobu ich przewozu w luku bagażowym.


3 godziny do odjazdu

Cierpliwie czekam, zagaduję spotkanych francuzów, okazuje się, ze też jadą na Ukrainę, do Lwowa. Mówią, że wiedzą, że Lwów był kiedyś polski. W żartach ostrzegam, żeby  tego nie powtarzali, gdy będą już na miejscu. Dziwią się.

2 godziny do odjazdu

Znudzony czekaniem wypalam jednego papierosa za drugim, w końcu dochodząc do wniosku, że warto byłoby zająć się swoim rowerem. Ku zainteresowaniu całej hali dworca (który nomen omen pozostał w klimacie lat 60-tych), na jej środku rozpocząłem nierówną walkę ze strechem (kto kiedykolwiek foliował w pojedynkę coś dużego, ten wie co to za ból), w końcu zakończoną sukcesem.

Godzina do odjazdu

Pierwsze próby skontaktowania się ze współstalkerem spełzły na niczym. Lekko poddenerwowany zacząłem w coraz żywszym tempie wypalać papierosy. W końcu na...

30 minut przed odjazdem

...pojawiła się Justyna ze swoim rowerem. Mój optymizm nie trwał długo. Dowiedziałem się od niej, że musi pilnie wracać do domu, "bierze taksę i będzie z powrotem za 15 minut"…
Myślałem, że mnie coś trafi, jednak wiedząc, że nerwy na nic się nie zdadzą, nie mając innego wyjścia, ponieważ kolejny samotny "nielegal" nie wchodzi nawet w rachubę, pogodziłem się z myślą, że możemy spóźnić się na autobus.

22:57 - 3 minuty przed odjazdem

Kotłując się w środku oraz rzucając pod nosem bardzo brzydkimi słowami zauważyłem w drzwiach dworca zziajaną Justynę. Podbiegliśmy szybko do autobusu i wręczyliśmy bilety patrzącemu na nas ze zdziwieniem pilotowi. Ten stwierdził, że nie ma już w pojeździe wolnych miejsc, a o wciśnięciu naszych rowerów do luku bagażowego nie mamy nawet co marzyć. Zdziwiony, że może się przesłyszałem, lub czegoś nie zrozumiałem poprosiłem o powtórzenie i faktycznie – kupiony na stronie przewoźnika bilet stał się w jednej chwili kawałkiem bezwartościowego papieru, gdyż dokonanych zostało więcej rezerwacji niż rzeczywista liczba miejsc w autobusie. Kierowca stwierdził, że nie widzi problemu, przecież wciąż przysługuje nam możliwość zwrotu pieniędzy za bilety w kasie, nie zważając na fakt, że ta już od dobrych dwóch godzin jest zamknięta.
Widząc, że próby logicznego wyjaśnienia sytuacji nie mają żadnego sensu odpuściliśmy dalszą dyskusję i opadając bezradnie na peronową ławkę z uśmiechem niedowierzania na ustach patrzyliśmy na niknący w oddali autobus zastanawiając się czy posiadamy jakikolwiek plan B.
Co jak co, ale problemów akurat na tym etapie wyprawy nikt z nas się nie spodziewał...



Koniec części I

sobota, 18 lutego 2017

Wyprawa pierwsza (sierpień 2015) - Część VIII - Epilog

Część VIII – Epilog

<<Uwaga, tekst w dalszej części może zawierać mało apetyczne opisy, więc, żeby nie było, że nie ostrzegałem>>


Okolice wsi Stare Sokoły ok. godziny 20:00


   Kierowca (nazwijmy go roboczo „typowym Kolją”) mknął grubo ponad setkę po niezbyt równych ukraińskich drogach. Ja z kolei zapatrzony w widok zachodzącego słońca rozmyślałem o tym, co właściwie się stało i jakie poniosę tego konsekwencje. Przypomniałem sobie słowa jednego z milicjantów, który kilka godzin wcześniej powiedział:


- I pamiętaj – nigdy więcej Czarnobyla

- No tylko legalnie, tak?
- Tylko legalnie.

Zastanawiałem się, czy jest jakikolwiek sens organizować jeszcze kiedyś taką wyprawę. Doszedłem do wniosku, że odpuszczę sobie takie zabawy, bo ryzyko z tym związane jest zbyt duże, tym bardziej, że chciałem jeszcze kilka razy Zonę legalnie zobaczyć. 

Wyjąłem kamerkę i zacząłem bez większego celu nagrywać widoki za szybą. Pola, lasy, jakieś wioski, a w tle radio i ukraińskie hity. 





Kolja

   Przez całą drogę nie zamieniłem z Kolją praktycznie ani jednego słowa, nie licząc kilku pytań o to gdzie ma mnie wysadzić. Przejechanie sześćdziesięciu pięciu kilometrów zajęło nam trzy kwadranse i po dotarciu do Malina zatrzymaliśmy się pod hotelem. 


- No to tak jak się umawialiśmy – 400UAH 


---

We wcześniejszej części zapomniałem wspomnieć, że milicjanci kilka razy zaglądali do mojego portfela, żeby zobaczyć ile mam pieniędzy, a miałem niewiele. Doliczyli się jednak ok. 400UAH, o których później Kolji wspomnieli.
---

   Zacząłem liczyć ile mi zostało i otrzymałem wartość 320UAH. Powiedziałem kierowcy o zaistniałym problemie. Westchnął tylko i wziął wszystko, co mi zostało. Chciałem mu dorzucić jeszcze 10zł, które zawieruszyło się w portfelu, ale odpowiedział tylko „a kto mi to wymieni?”. 

Wyjąłem z bagażnika swój plecak, podziękowałem za podwózkę i życząc szerokiej drogi ruszyłem w stronę hotelu (50°45'54.41"N 29°14'27.08"E), gdzie czekał na mnie drugi, mniejszy plecak z rzeczami na przebranie i resztą dokumentów.

   Wszedłem po schodach na drugie piętro i dotarłem do recepcji. Plecak wciąż leżał tam gdzie go zostawiłem – za ladą. Po chwili zjawiła się starsza recepcjonistka i oddała mój bagaż. Mówiąc jej, że zostałem bez pieniędzy i bez dostępu do internetu udało mi się ubłagać kilka minut przy recepcyjnym komputerze. 

Klawiatura, zarówno ta fizyczna, jak i wirtualna była jednak w lokalnym alfabecie, ale po skorzystaniu z „jednego prostego triku” (Alt+Shift) udało się w końcu przełączyć na łacinę i zalogować na facebooka. 
Poinformowałem znajomych, że żyję i poprosiłem, żeby za chwilę do mnie zadzwonili, bo prawdopodobnie stan konta na telefonie nie pozwoli mi na zbyt długie międzynarodowe gadanie. Szybko wszedłem też na stronę przewoźnika i kupiłem bilet powrotny na autobus jadący do Lublina z położonego trzydzieści kilometrów na zachód od Malina Korostenia. Wydrukowałem go i zapytałem, gdzie tu w mieście można się bezpiecznie przespać, bo zostałem z dwoma hrywnami (wtedy jakieś 30 groszy) i bezwartościowymi tutaj dziesięcioma złotymi. Odpowiedziała mi, że mogę pójść na dworzec, bo i tak stamtąd będę odjeżdżał rano. Powiedziała również, że bilet na tą elektriczkę kosztuje 15UAH. Po moim stwierdzeniu, że niestety mam tylko 5UAH miła pani wyjęła portfel, po czym wręczyła mi banknot dziesięciohrywnowy mówiąc, ze nie muszę jej tego oddawać.  Podziękowałem jej i życząc miłej pracy wyszedłem z hotelu w poszukiwaniu dworca. 

    Zaczepiłem losowego przechodnia i dowiedziałem się od niego, że „paaanie, dworzec to za daleko, żeby na nogach tam iść”

Po kilku pobytach w Malinie widzę jednak, że było to jakieś pięć kilometrów, czyli bez tragedii, jednak nie znając trasy i dodając do tego fakt, że na Ukrainie w mniejszych miasteczkach popularne jest gaszenie świateł ulicznych w nocy (swoją drogą świetny pomysł – kto chce to używa latarki w telefonie, a przynajmniej ludzie mają w domach komfortowe warunki do spania) postanowiłem, że tę noc spędzę na ławce nieopodal hotelu. Nie było to łatwe, choć mając w perspektywie siedem godzin nudnego nic nie robienia, wolałem mimo wszystko zasnąć.
Rozłożyłem się na twardej ławce i zawijając w dłonie paski plecaków tak, żeby ewentualna kradzież mnie obudziła, próbowałem zasnąć. Nie udało się. Co chwilę mijali mnie młodzi ludzie idący na mającą nieopodal miejsce imprezę. 
Kilku z nich zainteresowanych tym czemu leżę na ławce, podeszło i po wysłuchaniu mojej historii odpowiedziało, że też kilka razy byli nielegalnie w Strefie, a po moim pytaniu o lokalizacje dworca jeden z nich, mocno już wstawiony odpowiedział:
- Nie idź tam! Tam dziwni ludzie śpią: bezdomni, narkomani. Jak tylko usłyszą po akcencie, ze nie jesteś stąd to cię zabiją i okradną, albo na odwrót.
Posłuchałem ich rady i kontynuowałem bezskuteczne próby zaśnięcia. 

Mocno wkurzony, widząc, że nie ma to większego sensu postanowiłem pozwiedzać miasteczko, a właściwie pójść daleko w jednym kierunku tylko po to, żeby musieć się wrócić, a tym samym skrócić o godzinę, czy dwie bezczynne czekanie na pociąg. Znalazłem się w pobliżu trawiastego poletka, na którego środku stał jakiś pomnik. Całość była otoczona ścianą drzew i była mało widoczna z ulicy. Zaryzykowałem i schowałem tam swoje plecaki wyjmując tylko najważniejsze przedmioty, w tym jakieś batony i wodę. Upewniwszy się, że nikt mnie nie widział, i że bagaż jest niedostrzegalny z poziomu ulicy usiadłem znów na ławce, wyjąłem kamerkę i zacząłem nagrywać. Przygotowując się do pisania tego tekstu oglądnąłem te materiały jeszcze raz i z perspektywy czasu muszę uznać, że są dość ciekawe, choć pewnie to subiektywne odczucie. Kiedyś na pewno je gdzieś udostępnię, najprawdopodobniej przy przepisywaniu tej historii na inny nośnik niż Wykop (aktualizacja: kiedy indziej :) )


Tutaj jeden z nich (wyjąłem tylko dźwięk, bo poza tą klatką, którą widać na filmie, reszta nagrania była czarna)


   Siedząc na ławce słychać było ciągłe „ugi-bugi” z pobliskiego klubu. Jak to na Ukrainie, zauważyć się również dało cuda ichniejszej myśli tuningowej jak np. ten van z neonami:



Przypomina mi się stary dobry NFS Underground :)

  Postanowiłem w końcu pomarnować trochę czasu i przejść się w dół ulicy Chruszczewskiego.

Przed wyjazdem do Strefy kilkukrotnie tą drogą szedłem stąd mniej więcej znałem trasę. Jak wcześniej wspominałem – w mieścinie tej po północy są gaszone latarnie, więc poruszanie się bez latarki „zagraża twojemu życiu lub zdrowiu”. Nie dlatego, że ktoś może cię zaatakować – nie czułem się tam nieswojo, raczej dla tego, że stan dróg, a tym bardziej chodników pozostawia wiele do życzenia.

 Dotarłem do znanego mi już wcześniej ronda (50°46'43.64"N 29°15'44.61"E) z pomnikiem z serii „Dzwony Czarnobyla” i zapytałem nocnego przechodnia „którędy na dworzec?”, jednak po ponownym uzyskaniu odpowiedzi, że bardzo daleko (teraz widzę, że zostały mi wtedy ledwie 2km do dworca) postanowiłem już dalej w tym kierunku nie iść. 


 Mając przy sobie wciąż zapasowy telefon marki SAMSUNGZKLAPKĄ i znudzony niesłychanie atrakcyjną rozrywką, jaką niewątpliwie było granie w jedyną dostępną grę, czyli Sudoku, zadzwoniłem do brata, a właściwie puściłem mu „buraka”, by po krótkiej chwili oddzwonił. 

Rozmawialiśmy przeszło godzinę o wszystkim i o niczym. Poprosiłem, żeby poszukał, czy przypadkiem nie ma jakiegoś wcześniejszego autobusu i czy może dowiedzieć się skąd odjeżdża ten, na który kupiłem już bilet. Ostatecznie niczego więcej ponad informacje dostępne na strony przewoźnika się nie dowiedziałem, pożegnaliśmy się, a ja wróciłem do moich ukrytych bagaży. 
Wciąż tam leżały, więc wyjąłem rację żywnościową i z nudów zacząłem wyjadać wszystkie słodycze, przepalając co chwile je kolejnymi papierosami, żeby w końcu i te się skończyły. Pokonałem tą trasę raz jeszcze i kolejny raz, aż zaczęło świtać. Postanowiłem, że jest to już odpowiednia pora, żeby w końcu wyruszyć w drogę na dworzec. Gdy dotarłem do ronda zauważyłem na przystanku starszego jegomościa w białym garniturze.

- Probaczte, de je wogzał? – zapytałem

- W tamtym kierunku – wskazał ręką na wschód – ale to daleko stąd, lepiej pojechać marszrutką.
- Pójdę na nogach, bo mnie nie stać, a muszę pilnie się dostać do Korostenia.
- Nie żartuj sobie, zapłacę za ciebie, to jest tylko kilka Hrywien, a tak się składa, że też tam jadę.
- No… dobra, dzięki wielkie.
- A co ty tu w ogóle robisz i skąd ty jesteś?
- Z Polszy, nie uwierzycie, ale właśnie byłem nielegalnie w Czarnobylskiej Strefie
- Poważnie? I jak poszło?
- No milicja mnie pajmała.
- Ha! A to ci historia – zaśmiał się przyjaźnie – „polskij awanturist!”- nazwał mnie wciąż się śmiejąc
- I jakieś konsekwencje poniosłeś?
- Zabrali mi telefon i rower, a dodatkowo wzięli czterysta hrywien za przywiezienie do Malina.
- A to bandyci! Tak potraktować młodego człowieka!
- W hotelu spałeś?
- Nie, na ławce przed hotelem, bo nie miałem pieniędzy
- Poważnie?! Przecież tu jest cerkiew obok, w okolicy też trochę Polaków mieszka, więc trzeba było zapukać do drzwi kościoła – z pewnością by cię przenocowali.

Dojechaliśmy na dworzec. Wyglądał on dość ładnie, sprawiał wrażenie świeżo wyremontowanego.




Ten po prawej to rzeczony dziadek

 Dziadek, zanim cokolwiek zdążyłem powiedzieć stwierdził, że wie, że nie mam pieniędzy, wiec zapłaci mi za ten bilet, a za to co mam niech kupię sobie coś do picia. Trochę głupio mi było tak nadużywać jego dobroci, ale nie mając żadnych środków, innego wyjścia nie widziałem i zgodnie z zaleceniami, poszedłem do kiosku, by kupić wodę. 


 Weszliśmy na peron i w oczekiwaniu na pociąg zacząłem wypytywać dziadka o awarię. Powiedział, że dla nich był to wielki szok i strach, nikt nie wiedział, co się dzieje. Wiele osób panikowało, że umrą od promieniowania, bo wiadomo, że mimo wszystko każda informacja pocztą pantoflową rozchodziła się dość szybko, ale jak w głuchym telefonie tworzyło to rozmaite plotki.


 Pociąg w końcu przyjechał. Zaśmiałem się i powiedziałem dziadkowi, że to dokładnie taka sama elektriczka, jaka wozi nas ze Sławutycza do Czarnobyla. Okazało się, że to dość popularny model w krajach byłego Związku Radzieckiego.



Bliźniacza elektriczka wozi codziennie tysiące pracowników do Czarnobylskiej Zony

  Ruszyliśmy. Jadąc przez zabite dechami wsie obserwowałem wschód słońca. Zaskoczyło mnie to, że pociąg potrafił zatrzymywać się w szczerym polu, a stojące tam babuszki dokładnie wiedziały gdzie na niego czekać, mimo, że przystanek nie był w żaden sposób oznaczony.


 Dość ciekawie było obserwować Ukraińców jadących do pracy. Przypominało to obrazy z polskich filmów, czy seriali powstałych w czasach PRLu – Z jednej strony wagonu babuszka kłóci się z drugą jaki przepis na pierogi jest lepszy, druga z wielkimi siatami i słoikami ogórków przysłuchuje się dyskusji i co chwila wtrąca swoje trzy grosze. Z drugiej strony matka ucisza swoje dziecko, co chwile dając mu do zrozumienia, że zasługuje ono na klapsa. Naprzeciwko mnie siedział z kolei pop i grał sobie na smartfonie w tą grę, w której kroi się palcem owoce.



Tutaj już nie gra :)

  W końcu pociąg zatrzymał się w Korosteniu. Wyszliśmy z wagonu i przechodząc przez obrotowe drzwi znaleźliśmy się na głównej hali dworca. Jako, że było jeszcze rano, a autobus miałem po 22:00 uznałem, że to dobry czas na poszukanie skąd odjeżdża autobus, bo mimo wszystko lepiej będzie czekać już tam na miejscu. Na bilecie była mowa o placyku przed dworcem, jednak wiedziony doświadczeniem z podróży w drugą stronę wolałem nie ryzykować, że się tu nie zatrzyma (przy podróży z Warszawy do Korostenia autobus tej samej firmy nie wjechał nawet do miasta omijając je obwodnicą). Mimo pomocy ze strony dziadka nie udało nam się uzyskać stosownych informacji. 

Zanim się jednak rozstaliśmy wcisnął mi w rękę 50UAH „żebym na nogach nie musiał tam iść” i napisał na kartce swój adres w Malinie, mówiąc:
- Następnym razem jak będziesz chętny takich przygód, to nie śpij na ławce tylko przyjdź do mnie, przenocujemy cię z żoną.
Podziękowałem za wszystko i pożegnaliśmy się. 

----


Adres przepisałem na telefon. Kartkę niestety zgubiłem, a telefon zdążyłem już kilkukrotnie zresetować i… zgubić. Jedyne, co pamiętam to, że mieszkał na ulicy Chruszczewskiego. Ulica niestety ma dwa i pół kilometra długości, choć dodatkowo wiem, na którym przystanku go spotkałem, czyli może mieszkać w pobliżu. W tym roku zamierzam go znaleźć (jeśli jeszcze żyje) i dać mu litr polskiej wódki w podzięce za całą otrzymaną pomoc.


Edit:


Z pomocą rosyjskiego facebooka, czyli Vkontakte.com znalazłem fanpage miejscowości Malin, tam napisałem do administratora, wysyłając mu powyższą fotkę (tą z dziadkiem na dworcu) i po krótce opisując moją historię. Ten udostępnił to na stronie i po kilkunastu minutach miałem już kilka pokrywających się odpowiedzi, z których dowiedziałem się wszystkich danych osobowych dziadeczka, łacznie z adresem i numerem telefonu. Najciekawsze jednak było to, że odpowiedział mi również...jego syn! Ale to historia na osobne opowiadanie.


----


 Przed budynkiem dworca trafiłem też na taką reklamę:


 Dotarłem na postój taksówek. Podszedłem do najgorszej z nich – czerwonej łady 2101 (ruski Duży Fiat) i poprosiłem o zawiezienie na „Zaprałkę Faktor na Warszałce” (50°59'17.55"N 28°39'42.16"E), czyli na Stację Benzynową Faktor na trasie M07 zwanej na Ukrainie „Warszałką”, ponieważ łączy Warszawę z Kijowem.

Dopiero przeglądając kilka dni temu zdjęcia zauważyłem jak ta Łada wyglądała w środku:




Miała na desce rozdzielczej porządnego GPSa, pełno kabli, wentylatory itd. Teraz już sobie przypominam, dlaczego wybrałem akurat ten pojazd :)


Po kilkunastu minutach dojechaliśmy, zapłaciłem 40UAH i usiadłem na przystanku autobusowym naprzeciwko stacji benzynowej. Jako, że zgłodniałem – wyjąłem rację żywnościową i kamerkę i zrobiłem mały unboxing :)




  Co widać na filmie – jedzenie okazało się bardzo smaczne, jednak z perspektywy czasu domyślam się, że zadziałała tu moc powiedzenia „głód najlepszym jest kucharzem”. 

  Po posileniu się uznałem, że czekanie kilkunastu godzin na tym przystanku nie ma najmniejszego sensu i przeniosłem się kilkadziesiąt metrów dalej do wygodnej altany na terenie stacji benzynowej. Było to dość ciekawe doświadczenie. Można by nakręcić ciekawy film dziejący się tylko w tej altanie (i nie byłoby to kino posuwisto-zwrotne), ponieważ co chwile dosiadały się do mnie różne osoby, tak, że po kilkunastu godzinach poznałem już cały przekrój ukraińskiego społeczeństwa. Od normalnej rodzinki, po oligarchów, a nawet jednego przestraszonego psa. Zacznijmy od tego ostatniego. 

Próbowałem go nakarmić z ręki (psa, nie oligarchę), ale strachliwa z niego była bestyja i nie dawał się do siebie zbliżyć, samemu niezbyt ochoczo skracając odległość pies<->ja. Wyglądało to dosyć komicznie – zresztą zobaczcie jak wali tym ogonem na prawo i lewo:




Mając jeszcze 10UAH kupiłem 1,5l wodę mineralną i rozpuszczając w niej musującą tabletkę dostałem butelkę mętnego płynu, doskonale nadającego się do oświetlenia altany po zmroku. Jak? Ano tak:



Nie mam pojęcia jak na to wpadłem :)

Zanim jednak zrobiło się ciemno pod altanę podjechało jakieś wypasione BMW i wysiadła z niego para bogaczy. Młoda kobieta i lekko starszy facet. Zapytali się czy mogą się dosiąść, skinąłem głową, że nie ma problemu i odsuwając swoje bambetle wpuściłem ich do środka. Słysząc, żem nietutejszy byli ciekawi co tutaj robię. Opowiedziałem w skrócie moją historię, a gdy skończyłem usłyszałem równocześnie:

Facet: Wooooooooow, super sprawa!
Jego kobieta: O matko! Przecież mogłeś umrzeć, tam są wilcy!
Zaśmiałem się i odpowiedziałem, że bez ryzyka nie ma zabawy, mężczyzna zaś starał się przekonać kobietę, że to jednak fajnie, że zamiast siedzieć w domu przed komputerem robię takie akcje. Ta jednak ciągle powtarzała: ale to niebezpieczne – promieniowanie, zwierzęta, milicja – mogli cię zastrzelić.
W końcu po około pół godzinie pożegnali się i odjechali w sobie tylko znanym kierunku. Zrobiło się ciemno – zapaliłem więc swoją prowizoryczną lampkę. Po chwili pod altanę podjechała taksówka, z której wysypało się 5 osób: Kobieta, mężczyzna, ich 2 córki: około 8 i 16-letnia i jeszcze jakiś mężczyzna – ogólnie przyjemna rodzinka. Zapytali się, czy mogą się dosiąść (co ciekawe, obok była druga taka sama altana, a każdy chciał siedzieć akurat w tej), po mojej twierdzącej odpowiedzi usiedli i wyjęli z plecaków i toreb różnej maści alkohole:

(jak zmrużycie oczy, zdjęcie będzie ostre)

jak zmrużycie oczy, zdjęcie będzie ostre

Po opowiedzeniu kolejny raz tej samej historii, zapytałem czy mogliby mi pomóc dowiedzieć się skąd mój autobus odjeżdża za 2 godziny. Mężczyzna odpowiedział:

- Ok, ale musisz się napić z nami wódki i to 3 kolejki, taka jest tradycja
- No nie za bardzo, chcę być trzeźwy jak ten autobus przyjedzie (jadłem tego dnia tak mało, że każda ilość alkoholu by mnie siekła, poza tym mam słabą głowę do alkoholu, a wódki nie znoszę)
- No to przykro mi, nie zadzwonię
- Dobra, lej…
Jedna kolejka jakoś weszła bez przepity, druga już z trudem, trzecia nawet z przepitą już ledwo co. 

---

Nienawidzę wódki i nie widzę sensu jej picia, skoro jest tyle dobrych alkoholi o tym samym procentażu - np. Rum, a dodatkowo z Colą – najlepszy drink, jaki istnieje :) 
Jednak na Ukrainie picie wódki, czy własnego bimbru jest czymś więcej niż u nas. To tradycja i jak widać doskonale powyżej – odmówienie komuś napicia się jest traktowane jako osobista obraza.
---

- Naleję ci kolejnego

- Nie chcę już
- Ale tradycja…
- No tradycja już wypełniona – mówiłeś, że trzy kolejki
- No to może jakiś inny alkohol – piwo, szampan?
- Nie chcę wam wypijać wszystkiego, ale skoro nalegasz….
I to był największy błąd! Ale dlaczego, to za chwile. W międzyczasie najstarsza kobieta – matka tych dziewczyn zadzwoniła na autobus – okazało się, że faktycznie - odjeżdża właśnie z tej stacji, ale spóźni się kilka minut. Ucieszony, że już nic nie może zepsuć tego dnia (zbliżała się 23:00) nalałem sobie szampana, a potem jeszcze piwo. Po chwili jeden z mężczyzn odczuwając skutki upojenia i stając się agresywny, został odwieziony taksówka przez drugiego. Zbliżał się już czas planowego przyjazdu autobusu, więc postanowiłem sobie zrobić jeszcze pamiątkowe zdjęcie z przedstawicielkami płci piękniejszej:



  Dalszą część już gorzej pamiętam, bo powyższe było ostatnim zdjęcie zrobionem zrobionym podczas tego pobytu na Ukrainie, a dodatkowo stan upojenia alkoholowego wymazał część wspomnień, no ale do rzeczy:

Wrócił mąż tej kobiety, a po chwili przyjechał autobus. Pomogli mi wpakować się do środka, po drodze się przewróciłem, pokazałem bilet, zająłem losowe miejsce i ruszyliśmy. 

Tutaj zaczyna się ta mniej apetyczna część:


---jak ktoś nie chce czytać może pominąć, ale wiadomo, że i tak każdy przeczyta, tym bardziej, że nie zamierzam zaznaczać końca tego mniej apetycznego fragmentu :) ---


  Pamiętam tyle: Zatrzymaliśmy się na „postój na sikanie”. Wygląda to tak, że autobus zatrzymuje się przy drodze i mężczyźni idą pod drzewa, a kobiety, w sumie nie wiem – mało pamiętam stamtąd. 

Wiem tylko, że wróciłem do autobusu jako pierwszy i próbowałem usnąć. Mojemu żołądkowi nie spodobały się regularne wstrząsy, jakie generował silnik autobusu na niskich obrotach podczas postoju. W ramach protestu wyrzucił całe wczorajsze menu moim górnym otworem ciała…. No bez owijania w bawełnę zerzygałem się po prostu na siebie. Pamiętam jedynie, że ostatkiem świadomości wyjąłem z plecaka drugą bluzę, a tą zabrudzoną wrzuciłem do pierwszej znalezionej siatki. Oparłem się o fotel i jedynie ciesząc się, że nikt obok mnie nie siedzi i, że trafiona została tylko bluza, i że wszyscy pewnie śpią, zasnąłem. 

  Obudziłem się. Było już jasno. Po chwili zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej. Prawie wszyscy wyszli. Popatrzyłem na siebie i dopiero teraz zauważyłem skalę zniszczeń. Oberwała firanka, tył fotelu pasażera (ta powierzchnia, z wiecznie naciągniętymi siatkami) i fotel, na którym siedziałem plus spodnie i buty. Jako, że nikogo nie było w autobusie przebrałem się i wyszedłem na zewnątrz. Usłyszałem, że jeden z pasażerów rozmawia przez telefon, z ukraińskim, bo ukraińskim akcentem, ale po polsku. Gdy skończył, podszedłem do niego i zapytałem ile nam zostało do granicy. Odparł, że to już ostatnia stacja przed granicą, że raptem kilka kilometrów. Po krótkiej rozmowie, co robi w Polsce (studiuje w Warszawie) powiedziałem mu, czy przypadkiem czegoś nie czuć w autobusie, bo tak wyszło jak wyszło. 

Zaczął się śmiać i powiedział:
- Człowieku - jebało jak nie wiem, i dalej śmierdzi, ale co mieliśmy zrobić, nikt do ciebie żalu nie ma, zdarzyć się mogło każdemu.

  W końcu ruszyliśmy. Wyjąłem z plecaka nasączone chusteczki i zacząłem czyścić, co się da, łącznie ze swoimi nogami i butami. Co prawda dalej było tragicznie, ale przynajmniej z daleka nie było nic widać. Po kilku minutach od ruszenia zatrzymaliśmy się. Ukraińska granica jak na rejsowy autobus poszła dosyć sprawnie – jakieś dwie godziny. 

Ale co się działo po polskiej stronie to jakaś paranoja. To było jedno z moich najgorszych doświadczeń w życiu.
Trwały te słynne upały (sierpień 2015). Było chyba z 40 stopni. W autobusie upał plus zapach rzygów dawały iście szatański bukiet zapachów, na zewnątrz natomiast nie dało się znaleźć nawet skrawka cienia. Staliśmy w kolejce chyba czternaście godzin. W końcu poszedłem spać i odwodniony obudziłem się dopiero, gdy wszedł celnik. Rutynowa kontrola, paszporty, bagaże. Starałem się zasłonić ciałem swój fotel tak, ażeby celnik przypadkiem nie zauważył tych rzygów – nie zauważył, albo nie chciał zauważyć. 

  W końcu ruszyliśmy, ku uldze wszystkich zgromadzonych i po kilku godzinach dotarliśmy do Lublina, gdzie miałem wysiąść. Wybiegłem z autobusu jak oparzony porywając tylko swoje rzeczy i chcąc jak najszybciej zniknąć z pola widzenia kierowców, zanim się zorientują, co po sobie zostawiłem. Mój marsz przerwało wołanie za mną jednego z nich. Zamarłem. Wróciłem się do autobusu, gdzie w drzwiach czekał na mnie pilot. W myślach układałem już ściemę, o chorobie lokomocyjnej, jednak usłyszałem tylko – „przy wejściu w Korosteniu nie dał pan kierowcy biletu do sprawdzenia, proszę go nam jeszcze raz pokazać”. Wyjąłem bilet, okazałem, wszystko się zgadzało, więc czym prędzej opuściłem autobus i pobiegłem szczęśliwy w stronę losowego baru, żeby tylko cokolwiek zjeść w oczekiwaniu na wspominanego we wcześniejszych częściach kolegę z Lublina, który postanowił mnie przechować na kilka godzin w swoim domu. 


  Coś zjadłem, przyszedł kolega z bratem, pojechaliśmy autobusem do jego domu, umyłem się, znowu coś zjadłem, napiłem się herbaty, opowiedziałem kolejny raz tą samą historię i wyszedłem na balkon z plecakiem, w którym spoczywały brudne ciuchy, żeby przepakować je do innego worka, tak, żeby całość miała jeszcze mniejszą styczność z resztą bagażu. Wyszedłem jeszcze z ich psem na spacer i pod wieczór odwieźli mnie na ten sam dworzec, gdzie czekał już na mnie Polski-Bus relacji Lublin-Kraków. (Dzięki wielkie RJ za pomoc!)

Wpakowałem się do środka i ruszyłem w podróż do domu. 

  Zasnąłem, budząc się dopiero na dworcu w Krakowie o 3 nad ranem. Stamtąd do domu wróciłem piechotą i już po dziesięciu minutach przekręcałem klucz w zamku. Otwierając drzwi do mieszkania poczułem spełnienie, ale też niedosyt (ot, paradoks). Mimo wcześniejszych zapewnień, teraz już wiedziałem, że to dopiero początek mojej kariery Stalkera. 


Koniec części VIII, ostatniej


P.S.


Za jakiś czas zabiorę się za kolejną wyprawę, tym razem już nie jechałem samemu. Gdy opiszę ją, a będzie to już krótsza historia, pomijająca tłumaczenie niektórych podstaw, które musiałem zawrzeć w pierwszej relacji. W dużej mierze będzie to historia, o tym jak nie organizować wyjazdu na Ukrainę, a mimo wszystko przeżyć ciekawą przygodę :) 

Później przyjdzie czas na najświeższe dzieje, czyli jak z planowanej na 3 osoby wyprawy ostatecznie wyszedł samotny sylwester w Zonie, będący jednocześnie pierwszym udanym, samodzielnie zrobionym nielegalem, no… prawie samodzielnie. 
Oczywiście napiszcie, czy w ogóle chcecie to czytać, czy podobała wam się cała ta historia, i co można byłoby poprawić. To był mój pierwszy tekst dłuższy niż 5 stron A4 (cała historia zajęła 30 stron czcionką/fontem Calibri o rozmiarze 11), więc postarajcie się mi wybaczyć wszelkie błędy, czy czasami nielogiczny lub nudny styl pisania. Pozdrawiam i życzę miłej lektury w przyszłości :)