sobota, 13 października 2018

Wyprawa lipcowo - sierpniowa, czyli jak przejść ponad sto kilometrów w mokrych butach. [wideo]

Tym razem nie będzie zbyt dużo tekstu, praktycznie w ogóle. Będą za to filmy z mojej przedostatniej wyprawy do Strefy. A jak do niej w ogóle doszło?


   Lat prawie dziesięć temu, w czasach przedfejsbukowych, a nawet przednaszoklasowych, w dobie Gadu-Gadu i for internetowych, a w szczególności jednego z for traktujących o tematyce czarnobylskiej, poznałem na tymże człowieka o nicku Irydius. Wymieniliśmy się numerami GG i "klikaliśmy" o tym jak to fajnie byłoby kiedyś zobaczyć Strefę na żywo (nie mieliśmy wtedy jeszcze skończonych wymaganych 18 lat). Pamiętam, że nawet przez pewien czas planowaliśmy i szukaliśmy na mapach miejsc, którymi można by nielegalnie przekroczyć granicę Zony.
Ostatecznie po naszych "osiemnastkach" każdy z nas (z innym organizatorem) pojechał do długo upragnionego celu. Radka, bo tak w rzeczywistości się on nazywa, pierwszy raz w realu zobaczyłem po powrocie do Polski z mojego pierwszego nielegalu. Przewija się on w screenach z fejsbukowych rozmów w pierwszej opowieści na tym blogu.


Na przykład to było pisane do niego :)


A to już jest dzieło jego autorstwa

Tak czy inaczej, mimo, że nie widzieliśmy się zbyt wiele razy na żywo (po wspomnianej sytuacji może jeszcze raz czy dwa) wiadome było, że w końcu pojedziemy ze sobą na nielegal. Po trzech latach namawiania, w końcu się udało i wyszedł z tego jeden z moich ciekawszych i dających nową wiedzę nielegalów. Nawet to, że prawie ciągle padało, i że przez większą część wyprawy mieliśmy przemoczone wszystkie ubrania nauczyło nas w co warto zainwestować przy okazji kolejnych eskapad. Mieliśmy też ogromne szczęście, bo w następny dzień po nocy, której opuszczaliśmy Zonę miała miejsce największa nawałnica na Ukrainie w 2018 roku. Nie będę więcej zanudzał - zapraszam do oglądania:

Część I: Wejście do Strefy oraz pierwsze noclegi (choć słowo "nocleg" jest w tym przypadku trochę niefortunne, bo podczas nielegalów nocuje się też dniem)


Część II: Droga wgłąb Zony i spotkania z Czarnobylską fauną.


Część III: Pozyskiwanie wody, oswobodzenie zamkniętych zwierząt i przekroczenie granic miasta Prypeć



Część IV: Wędrówki po Prypeci oraz wyruszenie w drogę powrotną


Część V: Wykończający powrót z Prypeci i dwudniowy odpoczynek w wyremontowanej przez nas chatce oraz opuszczenie Strefy.


Jeszcze dodam kilka słów od siebie - to nie są filmy akcji z pościgami i wybuchami. Tutaj zobaczycie (choć żaden film czy zdjęcie nie odda tego nawet w dziesięciu procentach) namiastkę tego jak wygląda życie stalkerów na nielegalnej wyprawie. Nabieranie wody, łażenie po polach, wspinanie się na dachy, ukrywanie się przed samochodami i brak jakichkolwiek wygód znanych z cywilizowanego świata - to jedynie wycinek z wielkiej listy rzeczy, które sprawiają, że chcę tam wracać w nieskończoność. Miłego seansu!

piątek, 22 czerwca 2018

Drugi Nielegal, czyli jak nie organizować wyjazdu za granice…ale dobrze się przy tym bawić - Część V: Epilog




Dawno nic nie wrzucałem. Od wydarzeń z ostatniego „wyprawowego” wpisu minęły prawie dwa lata, a przez ten czas zdążyłem odwiedzić Strefę osiem razy: raz legalnie i siedem razy po swojemu (raz nawet spędzając tam miesiąc). Ostatnie dwa sylwestry też oczywiście spędziłem w Zonie. W międzyczasie pojawiło się tyle historii, że trudno mi pisać o czymś co wydarzyło się wieki temu i z perspektywy czasu nie wydaje się już aż tak ekscytujące jak tygodnie, czy miesiące po powrocie z opisanych wypraw. Chciałem to pełnoprawnie dokończyć, ale, że opis drogi do Prypeci dużo by się nie różnił od opisu mojej pierwszej wyprawy, byłoby to po prostu nudne. Pozwolę sobie tutaj tylko w jednej stronie A4 opisać jak to się wakacyjna wyprawa w 2016 roku skończyła (i zasadniczo zaczęła)



Część V: Epilog
15 sierpnia 2016 roku Druga, może trzecia w nocy

      Przerzuciliśmy nasze rowery przez most. Nikogo nie słychać – dobry znak, połowa sukcesu. Było ciemno, a może jasno? Już nie pamiętam. Raczej ciemno. Na pierwszym przystanku autobusowym (dodałbym „opuszczonym”, ale tu wszystko jest opuszczone, więc tylko marnowałbym papier, gdybym napisał to w książce, ale, że piszę to na blogu to marnuję cenną przestrzeń serwerów Google) zrobiliśmy obiecany postój, gdyż z rowerem Justyny był problem - jechał za wolno. Popatrzyłem swoim amatorskim okiem i uznałem, że faktycznie mogło się jej źle jeździć, ponieważ krzywo zamontowane przednie koło sprawiało, że przez pół obrotu tarły o nie klocki hamulca. Nie mając niczego oprócz radzieckiego klucza podarowanego przez ochroniarza w malińskim hotelu, najrozsądniejszą opcją było rozwarcie hamulca na stałe, tak, żeby nie dało się go używać i zamiana rowerami (Justyna, jak wspominałem była po półżyciowej przerwie w jeżdżeniu na tychże, więc wolała nie ryzykować jazdy z jednym hamulcem).
Tak też zrobiliśmy i pojechaliśmy dalej lawirując między gałęziami leżącymi na starym, radzieckim asfalcie, swoją drogą – będącym w lepszym stanie niż niejedna główna droga na Ukrainie.



Szlaban dawnej granicy strefy


      Przejeżdżając przez kilka wiosek, nasłuchując pisków lisa biegającego w bliskiej od nas odległości i posilając się po drodze kilkoma batonami dotarliśmy razem ze wschodem słońca do mostu na rzece Ilja. Oglądając ciągnące się po horyzont pola i wijącą się między nimi rzekę Ilję usłyszeliśmy... dźwięk. Głos, czy szelest, sami nie wiemy. Ukryliśmy się w rowie i spadło na nas jakieś jabłko, Atmosfera była bardzo wyluzowana, zupełnie odwrotna niż przy pierwszym wyjeździe, więc próbując bez skutku zachować powagę nagraliśmy tylko wideo, że kitramy się w krzakach, a ktoś rzuca do nas jabłkami, żeby po chwili, uznając, że jest tu nas dwójka i nikt nam nic nie zrobi, wyjść z kryjówki i wejść w gęsty las. Dwa lata temu jeszcze nie wiedziałem, że kilometr, czy dwa dalej jest ładna, piaszczysta droga prowadząca prosto do następnej wioski, więc po prostu poszliśmy na azymut, chcąc dotrzeć do przeciwpożarowej przecinki. Jak mówiłem – atmosfera była inna niż na wcześniejszej wyprawie - gdy tam przerażał mnie każdy dźwięk, tutaj tego nie było. Szliśmy głośno, jak u siebie śmiejąc się z każdego dźwięku, sytuacji, która jeszcze rok wcześniej przyprawiłaby mnie o zawał serca. Po godzinie przepychania się przez gęste krzaki dotarliśmy do asfaltowej drogi, której być tu nie powinno. Okazało się, że zatoczyliśmy krąg, wracając do punktu wyjścia...

   
Tak się kończy chodzenie "na przestrzał" bez patrzenia na kompas, czy chociażby pozycję słońca na niebie
Gdzie jesteśmy? W lesie
Jedno z moich ulubionych stalkerskich zdjęć, autorstwa Justyny.

      Po kilku godzinach przedzierania się z rowerami przez krzaki, przed południem do Łubianki, gdzie spędziliśmy ciepły dzień na spaniu i opalaniu się, a przede wszystkim na zastanawianiu się, czy czasowo wyrobimy się z powrotem do Polski, nie spóźniając się do pracy. Starałem się przekonać mojego współtowarzysza wyprawy, że nielegal bez Prypeci to żaden nielegal i można pomyśleć też nad pewną UKRYTĄ OPCJĄ (o której później).


Tak, było ciepło


   Opuściliśmy wioskę i kilka razy skacząc przed samochodami, po kilku godzinach w końcu dojechaliśmy do Prypeci. Zostawiliśmy rowery przy niedokończonych garażach, 500 metrów od miasta i idąc dziwnymi polami, prawie łamiąc sobie nogi w dziurach, z których pewnie dawniej pobierano próbki gleby dotarliśmy pod Fujiyamę. Koło drugiej w nocy byliśmy już w naszym mieszkaniu i po zjedzeniu skromnej kolacji poszliśmy na dach, zabierając ze sobą na raty karimaty i śpiwory. Było dość ciepło, a widok spadających gwiazd nad - wtedy jeszcze - starym sarkofagiem, będzie jednym z piękniejszych widoków w moim życiu. Zasnęliśmy.
Wschody są piękniejsze od zachodów, dlatego warto się przemóc i wstać o tej 4 nad ranem :)

   Rankiem, po posileniu się kabanosem i batonem przedarliśmy się pod stadion, żeby spotkać polską grupę, z która mieliśmy... wyjechać ze Strefy. Połaziliśmy trochę po Prypeci i pod wieczór, gdy złapał nas już silny deszcz, podeszliśmy do autobusu, gdzie tajemniczy człowiek wziął od nas paszporty, żeby dopisać nas ołówkiem na wydrukowaną listę uczestników (serio!). Zdziwieni usadowiliśmy się w nowiutkim autobusie i ruszyliśmy w kierunku stacji kolejowej Semichody, gdzie zostawiając grupę wracającą do Sławutycza, już w 5 osobowym składzie (Ja, Justyna, kierowca, przewodnik i tajemniczy, starszy człowiek) ruszyliśmy w kierunku miasteczka Czarnobyl. Jak pewnie pamiętacie – między Prypecią a Czarnobylem znajduje się KPP (punkt kontrolny) Lelew, strzegący wjazdu i wyjazdu z 10-kilometrowej strefy całkowitego wysiedlenia. Zatrzymaliśmy się i trochę zestresowani, ale ostatecznie – bez większych problemów przeszliśmy przez bramki dozymetryczne. Mniej szczęścia miał zabrany przez nas po drodze pracownik elektrowni, który „zapikał” i groziło mu zostanie zakopanym na wieki w ołowianej trumnie. Czy tak się stało, już się nie dowiedzieliśmy, bo w dalszą drogę ruszyliśmy w okrojonym składzie, zostawiając nieszczęśnika na KPP.

   Andrzej, bo tak było na imię jadącemu z nami przewodnikowi zaproponował, żebyśmy zatrzymali się przy jednym z miejscowych sklepów, w celu uzupełnienia płynów i kończących się papierosów. Żar lał się z nieba, więc zaopatrzyliśmy się w dwulitrową Colę i lody Eskimos, uznając, że jest to dość zabawne być nielegalnie w Zonie i jak gdyby nigdy nic wejść do sklepu, zachowując się jak każdy inny klient oraz mieć jeszcze pretensje do ekspedientki, że sklep nie prowadzi sprzedaży wyrobów tytoniowych.
Ruszyliśmy dalej. Mając przed sobą jeszcze kilkanaście kilometrów do wyjazdowego KPP Ditiatki zaczęliśmy zastanawiać się kiedy i gdzie dołączymy do legalnej grupy, żeby wrócić z nimi do Polski. Co istotne – autobus, w którym teraz siedzieliśmy, nie był naszym docelowym środkiem transportu, po dojechaniu do Kijowa miał zaraz jechać do Odessy. Zachęcony żelkami i innymi polskimi smakołykami kierowca (nomen-omen był pierwszy raz w Strefie i bardzo mu się tutaj podobało) zaproponował nam nawet, czy nie chcemy się z nim zabrać nad morze Czarne. Zawiozę was, popływacie sobie, poopalacie się i wrócicie do domu - plan wydawał się być kuszący, ale niestety jak się za chwilę okaże nie miał prawa się udać.

  Po zatrzymaniu się na KPP Ditiatki i przejściu kolejnej kontroli dozymetrycznej, szczęśliwi, że udało się bez żadnych konsekwencji pogwałcić ukraińskie prawo, schowaliśmy się z tajemniczym człowiekiem za wiatą okolicznego przystanku, żeby zgodnie z obietnicą oddać mu za przysługę trochę lokalnej waluty. Czterocyfrowa kwota z końcówką UAH przestała być już nasza, ale za to udało nam się w ekspresowym tempie pójść do Prypeci i z powrotem. Czując pewien niedosyt, że nasz pobyt trwał mniej niż dwie doby, byliśmy i tak zdziwieni, że czas w Strefie płynie tak wolno. Będąc tam niecałe 40 godzin, odczuwaliśmy to jak przynajmniej 5 dniową wyprawę.
   
KPP Ditiatki fot. Tomasz Róg

  Ruszyliśmy z zapasem czasu mającym nam starczyć na dojechanie do odległego o sto kilometrów od Kijowa miasteczka Malin, gdzie wciąż czekały na nas nasze bagaże. Nasze dobre nastroje jednak zniszczyło niespodziewane zatrzymanie autokaru - pękła jakaś uszczelka. W szczerym polu. Dwadzieścia kilometrów za granicą Strefy. W tamtym momencie już byłem niemal stuprocentowo pewien, że ciąży nade mną klątwa, która sprawia, że dopóki nie przekroczę granicy ukochanej Zony to jakaś niewidzialna siła będzie rzucała mi kłody pod nogi, starając się maksymalnie utrudnić podróżowanie po Ukrainie.
Sentymenty i inne rozważania trzeba było jednak odrzucić na bok i zastanowić się co robić dalej. Kierowca poszedł szukać w pobliskiej wiosce lokalnego majstra, a nam pozostało jedynie czekać patrząc tylko jak zbliża się godzina odjazdu pociągu Kijów – Malin, od którego dzieliło nas wciąż kilkadziesiąt kilometrów.
Andrzej, przewodnik, który zabrał się z nami do Kijowa, zaproponował, żebyśmy skorzystali z opcji pojechania lokalną marszrutką. Tak, też zrobiliśmy, sadowiąc się wygodnie w busie, zapłaciliśmy jakieś śmiesznie niskie pieniądze, w wysokości około 20UAH od osoby i byłoby kolorowo, gdyby nie fakt, że dostaliśmy telefon z autobusu, że jednak chyba się uda go naprawić i oczywiście...skorzystaliśmy z tej opcji. Marszrutka odjechała, my wróciliśmy do autobusu, gdzie okazało się, że – jednak trochę to jeszcze potrwa. Nosz... 

   Będąc już trochę rozbawieni absurdem tej sytuacji uznaliśmy, że nie ma co ryzykować, idziemy na przystanek autobusowy i jedziemy pierwszym lepszym busem jaki się zatrzyma.
Trochę papierosów wypaliliśmy zanim przyjechał oczekiwany transport i docierając już po zmroku do Kijowa skierowaliśmy się na dworzec PKP (właściwie to UZ, bo tak się nazywa ichniejszy państwowy przewoźnik). Jak mogliśmy się spodziewać, następny pociąg do Malina był dopiero rano, więc trzeba było pójść na kompromis i olewając bagaże, skupić się na najważniejszym, czyli wyrobieniem się na czas na stację benzynową w wiosce Bucza, gdzie miał zatrzymać się autobus zabierający nas do Polski.
Jak na złość na naszych telefonach zostało nam po kilka procent baterii, więc nie ryzykując stracenia kontaktu ze światem, zamiast zdobyć od znajomego sprawdzony numer na taxi, wzięliśmy taksówkę spod dworca...

   Każdy turysta, gdziekolwiek nie pojedzie, powinien wiedzieć, że ostatnie miejsce gdzie szuka się taksówek to plac przed dworcem. Jeśli was nie oskubią z pieniędzy krzycząc sobie kwotę dziesięciokrotnie wyższą od faktycznej, to na pewno zapamiętacie taką podróż na długo. Tak było i tutaj. Moje mało wybredne oko uznało, że idealnym samochodem do zawiezienia nas 20 kilometrów za miasto będzie pomalowana w żółtoczarną kratownicę, niczym samochód przeznaczony do testów zderzeniowych, stareńka Daewoo Nexia z łysym jegomościem za kierownicą. Kolja, bo tak było mu na imię (tak naprawdę, to nie pytałem go, ale na pewno tak miał, sądząc po
osiedlowym stylu) zapytał kuda? i ruszyliśmy w naszą najbardziej stresującą w życiu podróż.

  Pan Kolja po kilkuset metrach uznał, że dobrą opcją będzie odpalić papierosa mając za sobą dwójkę pasażerów. Jednak to byśmy jeszcze zrozumieli – no Ukraina w końcu. Jednak zaczęliśmy się mocno zastanawiać nad trzeźwością umysłu naszego kierowcy, kiedy gnając ponad 100km/h przez miasto, do palenia papierosa dorzucił rozmowę przez telefon. Przez pewien czas wydawało mi się, że trzecią ręką stara się, sądząc po zapachu odpalić między kolanami jakąś sziszę.
Popatrzyliśmy z Justyną na siebie, trochę spłoszeni, w oczach mając tylko pytające
czy my na pewno dobrze jedziemy?. Ostatki baterii na telefonie pokazały nam, że prawdopodobnie zmierzamy w dobrym kierunku, ale że w głowach mieliśmy już wylądowanie w bagażniku tejże Nexii i w najlepszym wypadku pozbawienie nerek, więc informacja ta niezbyt nas uspokajała. Nie pomogła również podsłuchana rozmowa naszego sympatycznego ukraińca, z której zrozumieliśmy tylko kilka urywków: No tak... jadę już do ciebie... na razie wiozę dwójkę

Gdy to usłyszałem wyjąłem dyskretnie z portfela 200 dolarów trzymane na wszelki wypadek i schowałem je pod bokserki. Może chociaż bieliznę na nas zostawią – pomyślałem i już chciałem rozpocząć podsumowanie swojego życia, gdyby nie fakt, że za oknem mignęła mi tabliczka z napisem Bucza. Emocje trochę zeszły, a gdy zauważyliśmy znajomą z legalnych wyjazdów stację benzynową wiedzieliśmy, że gdy tylko uda nam się opuścić tą przeklętą taksówkę, to już wygraliśmy drugie życie. Kolja się zatrzymał, my wybiegliśmy jak oparzeni, zabierając szybko z bagażnika plecaki.

- Ile? - zapytałem taksówkarza
- 100
- Serio, tak mało? - powiedziałem do Justyny – kurcze mam tylko dwusetkę.

Daliśmy mu różowy banknot z Lesią Ukrainką. Zdziwił się, że nie chcemy reszty, ale zdziwił się do pustej przestrzeni, bo nas tam dawno już nie było. Ukryliśmy się w restauracji na stacji benzynowej i śmiejąc się do siebie zaczęliśmy analizować jak cudem uciekliśmy z objęć śmierci.
W końcu autobus z legalsami przyjechał. Tradycyjne milion pytań: a gdzie śpicie?, a co pijecie?, a czy się nie boicie, że to pijecie?, a czy słychać zwierzęta?, a gdzie się myjecie?, ale jak to się nie myjecie?, a gdzie robicie kupę?
Po zaspokojeniu ciekawości całego autobusu, w końcu można było pójść spać, żeby obudzić się dopiero na granicy, gdzie po staniu w tradycyjnie długiej kolejce, w końcu wjechaliśmy do Polski.

   Wszystko ostatecznie skończyło się szczęśliwie, ale bagaże wciąż czekały na nas w malińskim hotelu Ukraina. Wymyśliłem, że skoro niedługo mam urodziny, to można by pojechać w kilka osób na Ukrainę, autobusem legalnej wycieczki, która miała mieć miejsce w tym terminie i przy okazji zabrać nasze torby. Zapytałem o to organizatora (niech będzie, że ma na imię Paweł). Stwierdził, że przyda mu się pomoc przy tym wyjeździe i tak 2 tygodnie po nielegalu, znów byłem w drodze do Czarnobyla. Obudziłem się, włączyłem mapę, żeby dowiedzieć się gdzie jestem, okazało się, że fuksem nie zaspałem Malina i ledwie jeszcze kontaktując podszedłem do Pawła, mówiąc – zatrzymasz się tutaj? Trochę się zdziwił, bo co interesującego może być pośrodku takiego pustkowia? Przypomniał sobie jednak, że głównym celem mojego pobytu jest zabranie bagaży. Nie było tylko wiadomo, czy wyrobie się czasowo z dotarciem do położonego jakieś 10 kilometrów od głównej drogi Malina i dogonienia ich w Kijowie. Na szczęście okazało się, że grupa chce spędzić jeszcze kilka godzin w Willi Janukowycza nieopodal Kijowa, więc wydawało się, że zdążyć powinienem z palcem w zupie.
           


I tak przez 10 kilometrów...

      Wyszedłem z autobusu, strasznie zaspany i zaopatrzony jedynie w telefon, portfel, paszport i dwa łyki mirandy w butelce zacząłem iść w kierunku miasta starając się złapać po drodze jakiegoś stopa. Żar lał się z nieba, było co najmniej 30 stopni w cieniu, a droga wydawała się nie kończyć. Co kilkanaście minut pojawiał się jakiś gruchot, ale nawet ani myślał się zatrzymać. Zdesperowany zacząłem nawet machać 500-hrywnowym banknotem na stopa, ale odniosło to jeszcze gorszy skutek. Nie mając już nic do picia dotarłem do wioski o wdzięcznej nazwie „Pierożki”, gdzie nikt, jak na złość, nie znał numeru na taksówkę. Zasięgu oczywiście też nie było, więc nijak nie dało się zasięgnąć informacji w internecie. W końcu, po przejściu jakichś 8 kilometrów, gdy zacząłem mijać już pierwsze malińskie domki zatrzymał się koło mnie taksówkarz i zapytał czy mnie nie podrzucić. Aż miałem ochotę powiedzieć
teraz to się wszyscy wypchajcie, ale, że alternatywą było jeszcze jakieś pół godziny marszu, to wsiadłem i poprosiłem „pod hotel”. Kierowca okazał się miły i powiedział, że i tak wraca z kursu, więc mogę mu zapłacić ile chcę. Jako, że nie wiedziałem ile to jest dużo, to zaproponował 40 UAH. Ok, uczciwie. Dotarłem do hotelu, zabrałem bagaże, wysłuchując jeszcze po drodze obrażonej recepcjonistki, że musiała to tak długo trzymać i, że teraz to ona już nie chce żadnych pieniędzy ode mnie. Nie zważając na to i tak jej zostawiłem w podzięce jakiś banknot, wziąłem marszrutkę do Kijowa i będąc w szoku, że jest taka tania, otoczony swojskim zapachem tobołów starych babuszek poszedłem spać. 

   W Kijowie okazało się, że zostało mi tragicznie mało czasu, a godziny są raczej szczytu niż nocne. Zapytałem kierowcę złapanej taksówki, czy zdąży w 20 minut dojechać do Meżyhirii – posiadłości Janukowycza. Odpowiedział, że:
   


Postawił jednak sobie za punkt honoru, że ma zdążyć i pędząc po kijowskich ulicach, wjechał ostatecznie na stacje benzynową, zatrzymując się z szarpnięciem ABSu przed stojącym tam, naszym autobusem, tak, zeby przypadkiem ten, nie odjechał. Zapłaciłem, wsiadłem do autobusu i odjechaliśmy. Dopiero wtedy przypomniałem sobie, że mam dzisiaj urodziny, jednak nawet mimo to, los nie okazał się łaskawy, bo kilkanaście minut po ruszeniu ze stacji wjechał w nas czarny Mercedes klasy G zarysowując prawy bok autobusu.

   
Dopiero teraz zauważyłem ten tramwaj na przyczepie na zdjęciu

Ponad pięć godzin czekania w upale, aż lokalny rozrabiaka w końcu przekona policjantów, że to nie jego wina, wcześniej dostając od znajomego fikcyjne ubezpieczenie podbite kilka godzin wcześniej. Najbardziej w całej tej sytuacji zaskoczyła mnie kultura kijowskich kierowców. Zajmowaliśmy dwa pasy czteropasmowej arterii, a nikt nawet nie zatrąbił, nie krzyczał, wiedząc, że i tak na nic to się nie zda. W międzyczasie zahaczyły o siebie trolejbus i jakiś stary ZIŁ i sytuacja wyglądała mniej więcej tak:
- no i co ty zrobiłeś?
- a co TY zrobiłeś?
- no zahaczyliśmy lusterkami o siebie.
- dooobra, na szrocie znajdę takie za grosze.
I odjechali, mrugając sobie jeszcze awaryjnymi
Policjant, który zajmował się naszym wypadkiem skwitował to tylko słowami:
- A wy też nie mogliście tak tego, kurwa załatwić?
W końcu, przed zachodem słońca ruszyliśmy, żeby po 22 być w Sławutyczu, gdzie jedyne o czym marzyłem to łyk zimnego, urodzinowego piwa w Karczmie Stary Talin.
   


   



Podsumowując: niedosyt był, bo po pierwsze - strasznie krótko, a po drugie, dalej to nie był wyjazd w pełni udany, własnymi siłami poprowadzony od początku do końca. Jednak na kolejną okazję nie musiałem czekać za długo. W głowie pojawiła się myśl: a gdyby tak spędzić w Prypeci Nowy Rok?

wtorek, 12 grudnia 2017

Kruger&Matz Drive 4 mini - recenzja taniego, pancernego smartfona




Na przełomie września i października miałem okazję spędzić w Zonie ponad miesiąc (dokładnie 33 dni). W ramach przygotowań do tej szalonej wyprawy postanowiłem napisać do firmy Kruger&Matz o wypożyczenie jednego z pancernych telefonów i sprawdzenie go w boju. O to jak i czy sprawdził się ten telefon


Od razu na wstępie zaznaczam, że nie zajmuje się zawodowo testowaniem sprzętu i recenzja tego smartfona jest pierwszą, jaką mam okazję pisać. Nie będzie tu profesjonalnego języka, tylko subiektywne opisanie przez laika jak sprawował się telefon i czy poleciłbym go na ekstremalne wypady w Zonę, czy inne, równie zwariowane zakątki świata.

K&M Drive 4 mini,  bo ten model uprzyjemniał mi życie podczas miesięcznego pobytu, wybrałem ze względu na jego małe rozmiary, dość przeciętne, a nawet słabe parametry, wierząc, że w parze z powyższymi będzie szła rzadsza potrzeba ładowania urządzenia. Trudno zabrać ze sobą powerbanki na miesięczny survival, dlatego jedyną opcją było ładowanie telefonu z panelu solarnego, kupionego w chińskim sklepie wysyłkowym banggood.com, ale to nie on jest bohaterem tego tekstu. Smartfon od początku miał spełniać rolę zapasowego i być używany jedynie w razie awarii lub rozładowania mojego głównego telefonu (Xiaomi Redmi Note 3 SE), a sądząc po wielkiej pajęczej sieci na ekranie i odpadającej płatami obudowie było jasne, że w końcu "Siaomi" może odmówić posłuszeństwa. Choć tak się nie stało, to dość szybko okazało się, że bateria w Redmi już ma swoje złote lata za sobą i w końcu będę musiał zadowolić się Krugerem. Pierwszy raz na poważnie (wcześniej wykonałem nim tylko kilka testowych zdjęć) użyłem go w drugim tygodniu wyprawy, gdy skończyły mi się powerbanki, a pogoda nie pozwalała naładować ich "ze słońca". Od razu znalazłem tryb oszczędzania baterii, który pozwalał na ponad cały dzień pracy przy włączonym GPSie i internetem mobilnym przy H+. Oczywiście w miarę upływu kolejnych dni wszedłem w rutynę oszczędzania cennych  mAh-ów i potrafiłem oszczędnie z niego korzystać nawet 5 dni. "Oszczędnie" w tych warunkach wciąż oznaczało łączenie się z internetem i GPSem, jednak w krótszych interwałach przedzielonych siedzeniem na trybie samolotowym. Ogólnie rzecz ujmując - strach przed powrotem do Androida (mimo, że system MIUI na którym pracuje Xiaomi też jest oparty o Androida to jednak jest to trochę inna bajka) szybko minął, a pojawiły się nowe zalety, o których mowa w dalszej części recenzji. Tyle przydługawym słowem wstępu. Zaczynajmy.


Zestaw





W pudełku oprócz telefonu znajdziemy:

- Słuchawki - szału nie ma, ale przecież nie o to chodzi - słychać co ma być słychać, nie jest to jakiś najtańszy bubel za 5zł, ot, normalne słuchawki do rozmów, czy słuchania muzyki dla niewymagających użytkowników

- ładowarka z dedykowanym adapterem. Po co ten adapter? Ano dlatego, że wejścia microUSB w wielu pancernych telefonach są zlokalizowane kilka milimetrów głębiej niż krawędź, z reguły pod gumową, chroniącą przed wodą i kurzem zaślepką, stąd w wielu standardowych ładowarkach wtyczka jest zbyt gruba, żeby wpasować się w gniazdo. Przydatny gadżet - nie trzeba pamiętać o noszeniu dołączonej ładowarki

- śróbokręto-łyżka - nie wiem jak to profesjonalnie się nazywa, ale do zestawu dołączone było metalowe urządzenie służące do odkręcenia 6 śrubek trzymających tylną obudowę, oraz - po obróceniu o 180' służyło jako łyżka do podważenia i otwarcia tylnej klapki w celu wyjęcia/zmiany kart SIM i micro USB.

- tona ulotek promocyjnych, do czego Kruger już mnie przyzwyczaił (nie jest to pierwszy telefon tej marki, z którym mam do czynienia, praktycznie u każdego w mojej w rodzinie jakiś "Kryger" się przewinął)

Budowa

Dla osoby, która nie miała nigdy pancernego smartfona w ręce wyglądać on będzie jak każdy inny pancerny smartfon, na których zdjęcia można trafić w internecie.
W skrócie - dużo gumy, wielkie "klikalne" przyciski pod ekranem, z tyłu logo producenta oraz informacja o posiadanym standardzie IP - 68 (czyli pyło- i wodoszczelny). Pierwsze co jednak rzuca się w oczy to fakt, że telefon odbiega swoimi rozmiarami od standardowych "pancerniaków". Telefon jest krótszy i węższy od popularnego MyPhone Hammera AXE M LTE, ale za to te kilka milimetrów grubszy (sloty kart SIM i SD znajdują się w środku, pod baterią).
Z przodu wita nas dość mały 4-calowy ekran o rozdzielczości 480x800 sprawiający wrażenie, że mogłoby go być trochę więcej, jednak pierwsze co pomyślałem gdy wziąłem telefon do ręki to - kurczę, to naprawdę wygląda solidnie.
Nad ekranem głośnik do rozmów i przednia kamera o rozdzielczości... 640x480 pikseli umieszczona tam chyba tylko dlatego, bo tak wypada. Pod wyświetlaczem trzy fizyczne przyciski dające lekki opór i głośno klikające.
Na górze oprócz ciężkiego do naciśnięcia przycisku zasilania, gniazdo słuchawek, a po lewej stronie gniazdo microUSB, obydwa zasłonięte porządnymi zaślepkami, nie mającymi żadnych luzów. Na lewym boku dodatkowo znajduje się przycisk "emergency", który można w ustawieniach zaprogramować wedle własnego życzenia. Po prawej stronie wystające i wygodne przyciski poziomu głośności.
Z tyłu poza logiem producenta i napisem IP-68, 4 solidne, metalowych śrubki trzymające tylną obudowę tak mocno jak mocno je zakręcimy dołączonym śrubokrętem lub... jednozłotową monetą, która sprawdza się w tym przypadku idealnie. Wspomniane śrubki - na duży plus. Telefon rozkręcałem niemal codziennie przez miesiąc (przekładanie kart SIM z drugiego telefonu) i po wielokrotnym odkręcaniu i zakręcaniu nawet nie zaczęły sprawiać wrażenia wyrobionych.





Dodatkową zaletą przy wyborze czarno-żółtego modelu była łatwość znalezienia go nawet w gęstej trawie. Niby taka głupota, ale jaskrawe kolory bez problemu pomagały znaleźć telefon nawet w nocy przy świetle latarki.

Specyfikacja i wydajność

Tutaj zasadniczo przepiszę tabelkę ze strony producenta, bo mało się na tym znam, ale:
Telefon nie jest stworzony do bycia drugim iPhonem, ma działać i wykonywać podstawowe zadania w ekstremalnych warunkach i tak właśnie jest, mały ekran, pojemna bateria sprawia, że telefon spełnia swoją funkcję bycia urządzeniem, o który nie trzeba się martwić. Zasadniczo nie miałem problemów z korzystaniem ze wszystkich potrzebnych mi funkcji, czyli oprócz oczywistych, jak dzwonienie i smsowanie to obsługa poczty, przeglądarki, przeglądanie PDF-ów, czytanie książek w tym właśnie formacie, a przede wszystkim korzystanie z GPSa i map. W trybie oszczędzania baterii oczywiście wszystko działało dużo wolniej i sporadycznie zwieszało aplikacje, ale wciąż nie było to irytujące.


System operacyjny: Android 5.1 Lolipop
CPU: Quad-Core MTK 6735A, maks. 1,3 GHz
GPU: ARM Mali-T720
Pamięć RAM: 1 GB
Pamięć wewnętrzna: 8 GB
Ekran: 4" 480x800 px
Aparat tył: 5Mpix
Aparat przód: 0,3 Mpix
Bateria: 3200mAh
Ochrona: IP68 (do 1,5m w zanurzeniu do 30 minut)
Waga: 239 g
Wymiary: 141 x 73 x 20 mm
Inne: Dual SIM, LTE, Żyroskop

Wyświetlacz





Od początku, już przy pierwszym użyciu widzimy, że sam wyświetlacz znajduje się głęboko (jakieś 2 mm) pod zabezpieczającym go szkłem (3rd Generation Gorilla Glass TP). Sprawia to wrażenie niezniszczalności telefonu i faktycznie tak było, nie raz wypadł mi z kieszeni, sam często celowo o niego szczególnie nie dbałem i oprócz kilku rysek, praktycznie niewidocznych, nie pojawiła się żadna pajęczyna, a naawet jeśli by się pojawiła to jak wspomniałem, ekran jest schowany głęboko, głęboko pod ochronnym szkłem.
Oczywiście dotyk pod wodą świruje, a przy słońcu nawet na maksymalnej jasności odczytanie tekstu potrafi sprawić drobny problem, to dla mnie ważny był drugi kraniec suwaka, czyli maksymalnie ciemny. Choć nie ma co go porównywać z moim Xiaomi, to wciąż minimalna jasność jest na duży plus - wyświetlacz nie raził mnie, więc bez problemu mogłem jednocześnie patrzeć w ekran i przemierzać ulice Prypeci, w odróżnieniu od diody powiadomień, która potrafiła i za dnia dawać po oczach, a nocami służyć za latarkę :)
Sam ekran ze względu na swoje małe rozmiary i niską rozdzielczość potrafił na początku sprawiać problemy przy pisaniu, tym bardziej przy częstym przesiadaniu się na drugi telefon. W końcu przywykłem, choć ktoś o grubych palcach mógłby mieć problem z szybkim napisaniem SMS-a.



Bateria

3200 mAh to nie jest obecnie jakaś powalająca pojemność, ale jak już wyżej pisałem - przy tak słabej specyfikacji, pozwala to na korzystanie z telefonu na maksymalnych obrotach (internet h+ w warunkach, gdzie często zrywało sieć i włączony GPS oraz maksymalna jasność za dnia i minimalna w nocy) praktycznie 24 godziny lub dłużej. Przy trybie oszczędzania baterii i faktycznym oszczędzaniu baterii udawało się pociągnąć prawie 5 dni.
Największy minus baterii, i nie wiem czy występujący tylko w tym egzemplarzu, czy w innych też, to mylne wskazanie stanu naładowania przy wymianie karty SIM.. Często zdarzało się, że musiałem przekładać ją z jednego telefonu do drugiego i gdy w tym celu wyjmowałem baterię np. gdy pasek baterii wskazywał 25%, to po ponownym jej włożeniu potrafił pokazać losowe wartości np. 50%, co w moim przypadku było dość frustrujące i uniemożliwiało dobre wyczucie, czy już powinienem odłożyć telefon na półkę z trybem samolotowym, czy może jeszcze chwilkę poobserwować świat zewnętrzny w internecie.

Aparat

O przednim aparacie nie ma nawet co wspominać, bo jest raczej tylko dlatego, żeby tylnemu nie było przykro. Jednym słowem niejedna tania kamerka internetowa daje zdjęcia lepszej jakości.
Tylna kamera za to robi dokładnie takie zdjęcia jakich się można spodziewać po 5mpx. Nie ma szału, ot zdjęcia, które nie pójdą do powieszenia na ściane, ale do prostej dokumentacji wyjazdu. Jednym słowem, jeśli tylko nie trzęsie nam się ręka to przyzwoite. Kolory będą ładniejsze jeśli dodatkowo użyjemy trybu HDR. Zaskoczyła mnie natomiast jakość panoram, wyglądały szczerze mówiąc lepiej niż klasyczne zdjęcia, nawet przy drobnych wstrząsach, większość obiektów była wyraźna. W nocy oczywiście nie mamy nawet co myśleć o zrobieniu fotki, na której cokolwiek będziemy mogli rozpoznać. Natomiast na duży plus autofocus pozwalający na zrobienie zdjęć z dość małej odległości od obiektu. Jak widać poniżej zdjęcie wykonane Krugerem wygląda o niebo lepiej niż to zrobione przez Xiaomi posiadającego świetną 13 megapikselową kamerę.

Kruger&Matz Drive 4 Mini

Xiaomi Redmi Note 3 SE
 Kilka zdjęć z Zony:


Zdjęcie wykonane przednią kamerą o rozdzielczości... 640x480







Filmy - nagrywane są w full hd w 30 klatkach na sekundę, ale fajnie to tylko to brzmi, bo sama jakość pozostawia wiele do życzenia, kolory blade, 30 klatek i rozdzielczość full-HD w rzeczywistości występuje tylko przy dobrym oświetleniu i statycznej pozycji telefonu, dźwięk przytłumiony przez pancerną obudowę, czyli... dokładnie to czego się spodziewałem po pancerniaku za niecałe 600zł, więc nie było to dla mnie duże zaskoczenie. Mimo, że jakość poniższych filmów jest jaka jest to zawsze przywołują miłe wspomnienia, gdy je oglądam.

Próbka kilku filmów:






I teraz najważniejsza i najbardziej przykra rzecz związana z aparatem. Czekając na znajomych na dachu fabryki Jupiter w Prypeci, telefon wypadł mi z kieszenie uderzając o dość ostro zakończoną, zardzewiałą, metalową rurę, co skończyło się tym:



Sprawdzałem, czy szybka osłaniająca aparat pęknięta jest na wylot, tym samym niwecząc całą wodoodporność telefonu - raczej nie jest, nie widać, żeby cokolwiek dostawało się pod spód, ale pewne jest jedno - na niektórych zdjęciach pod światło widoczny będzie zarys pajęczynki.

Podsumowanie

Na pewno nie jest to urządzenie, które dla codziennych użytkowników smartfonów będzie jedynym telefonem. Raczej opcją zapasową lub dedykowaną do wzięcia ze sobą na różnego rodzaju wyprawy, jak na przykład mój survival w Czarnobylskiej Strefie Wykluczenia. Oprócz wspomnianego incydentu (telefon spadł z metra, na wystającą, ostrą śrubę, pechowo zawadzając o nią szybką aparatu), jest to telefon warty polecenia dla osób, które nie potrzebują fajerwerków, lecz pancerne urządzenie, o które nie będą musieli się martwić i zastanawiać przed każdym wsadzeniem do kieszeni, czy przypadkiem w tej kieszeni nie znajdują się też klucze. Obudowa wydaje się osłonić wyświetlacz przed większością codziennych upadków (nikt nie wymaga, żeby wytrzymała upadek z 10 piętra), natomiast szybka osłaniająca aparat może się uszkodzić, choć nie powiem - stało się to po kilku tygodniach intensywnego korzystania ze smartfona i niejednym upadku na kamienie. Oczywiście, jak to w przypadku większości pancernych smartfonów producent nie daje gwarancji na uszkodzenia mechaniczne, ale już pierwszy rzut oka na jego obudowę mówi nam, że ten telefon nie jedną Strefę wytrzyma.




Plusy:  
- IP-68 (odpornośc na wodę i kurz)
- wydajna bateria (szczególnie w trybie oszczędzania baterii)
- android 5.1
- wytrzymałość (mimo wszystko)
- wygląd
- cena! (599zł na stronie producenta)

Minusy: 
- Mógłbym wymienić tu całą wewnętrzną specyfikację, ale przy tej cenie i tym telefonie nie uznałbym tego za minus.
- Zbędna przednia kamera
- mylne wskazania baterii przy wyjmowaniu jej
- bardzo jasna dioda powiadomień
- przy częstym przekładaniu kart SIM odkręcenie 6 śrub trochę trwa





sobota, 15 lipca 2017

Drugi Nielegal, czyli jak nie organizować wyjazdu za granice…ale dobrze się przy tym bawić - Część IV


Część IV

14 sierpnia 2016
godz. 14:00

      Choć byliśmy dość wyspani po podróży Płackartą, to jednak te kilka godzin snu w cywilizowanych warunkach okazało się zbawienne. Wiedząc, że mamy jeszcze trochę czasu do wyjazdu w kierunku Zony postanowiliśmy, że przygotujemy rowery, później uzupełnimy w znajdującym się nieopodal sklepie sieci ATB spożyte po drodze zapasy, ale najpierw pójdziemy do pobliskiej restauracji na obiad. Ostatni, bowiem porządny posiłek jedliśmy dwa dni temu.

      Zamek Włodarzy, bo tak nazywa się restauracja w której stołowaliśmy, oficjalnie nazywana jest halą koncertową. Zasadniczo jest to coś na kształt sali, którą można wynająć pod organizację wesel, czy właśnie - małych koncertów. 

   Pierwsza część jest wzorowana na zamkowe, mediewalne klimaty, a raczej - kiczowate, kartonowe, mediewalne klimaty, znajduje się tam też kilka klatek z papugami, które non stop ćwierkają. Całość zadaszona jest wielkim dachem/namiotem. Najlepiej oddadzą to zdjęcia:


(kliknij, żeby powiększyć)
Malińska papuga

Drugą część natomiast stanowi kilka połączonych ze sobą altan przeznaczonych, przede wszystkim dla palaczy.

   Ceny mogą wydawać się dość niskie, jednak gdy danie zostanie nam podane, uznamy, że porcje są dość małe. Podstawowymi daniami (porcjami) człowiek się nie naje, ale, że jesteśmy na Ukrainie i dla nas, równowartość 3zł za dwie porcje frytek po 100g każda (dla porównania duże frytki z McDonalda ważą 150g) to nie jest dużo, przy umiejętnym złożeniu zamówienia można wyjść najedzonym. Oczywiście na próżno szukać menu w języku angielskim, dlatego podstawowa znajomość chociażby cyrylicy, lub tłumacz google niezbędny. Zamówiliśmy zwykłe dania: mięso, ziemniaki i Cola, a w międzyczasie wypaliliśmy kilka papierosów, po czym mogliśmy w końcu zająć się poważniejszymi sprawami, jak przygotowanie rowerów do wyprawy.
   Na pierwszy ogień poszedł rower Justyny. Ochroniarz, który pomagał nam przy rowerze nie mógł pojąć, po co demontujemy tak ładny bagażnik, oryginalne błotniki i przede wszystkim - odblaski, jeśli zamierzamy jechać nocą (nie wiedział, że jedziemy do Zony). Jako, że te elementy najbardziej obijały się o ramę i hałasowałyby na nierównościach a dodatkowo sprawiały, że bylibyśmy widoczni z dość dużej odległości, jedynym rozwiązaniem było pozbycie się ich.


Rowery przed liftingiem

   Po dłuższej chwili, cali z czarnymi od smaru rękami uporaliśmy się z zadaniem i dziękując ochroniarzowi za pomoc i otrzymany w prezencie radziecki klucz, potrzebny do odkręcenia kół (swój zestaw tradycyjnie... zgubiłem) wróciliśmy do pokoju, by jeszcze na kilka godzin się zdrzemnąć.


      Wstaliśmy koło dziewiętnastej i wiedząc, że musimy zrobić jeszcze trochę zapasów wybraliśmy się do pobliskiego sklepu, popularnej na Ukrainie sieci ATB. Skupiliśmy się głównie na płynach, jednak żeby nie było zbyt monotonnie, kupiliśmy trochę słodyczy i oczywiście - papierosów. 

Po wyjściu ze sklepu, w drodze powrotnej rzucił mi się w oczy napis "taxi" zamontowany na dachu dość dużego, jak na taksówkę samochodu (Fiat Doblo). Od razu podszedłem do kierowcy i zapytałem, czy byłby chętny zabrać nas, wraz z naszymi rowerami na dość daleki kurs około godziny 22-giej. Odpowiedział twierdząco, więc zadowoleni wróciliśmy do hotelu. 
Mieliśmy niecałe dwie godziny na spakowanie rzeczy i ogólne "ogarnięcie się". Gdy wszystko było już gotowe, poprosiliśmy recepcjonistkę o możliwość zostawienia naszych plecaków, oraz kilku ubrań do prania i wyszliśmy na chwilkę na balkon zapalić.
Dopiero wtedy dopadł nas stres. Ciężko było nawet odpalić papierosa - tak bardzo trzęsły mi się ręce. Odpowiedzialność jaka na mnie spoczywała, a właściwie jaka wydawało mi się, że na mnie spoczywa była dość ogromna. Przy samotnych wyjazdach, nawet gdy coś pójdzie nie po twojej myśli, możesz być zły wyłącznie na siebie. Przy zabieraniu innych kompanów, wiesz,ze w razie niepowodzenia wszyscy – nawet jeśli tego głośno nie powiedzą – będą mieli ogromne pretensje jedynie do ciebie.

   Mimo, że zegarek wskazywał 22:15, nasza taksówka dalej stała obok sklepu ATB i była doskonale widoczna z hotelowego tarasu. Wróciliśmy do pokoju, przebraliśmy się w docelowe ubrania, wzięliśmy nasze plecaki, odebraliśmy od ochroniarza rowery i żegnając się z recepcjonistką ruszyliśmy w kierunku samochodu.
Taksówkarz był lekko podirytowany naszym spóźnieniem, ale widząc, że ma okazję dość dobrze zarobić odkręcając jedynie przednie koło w rowerze Justyny, niewiele mówiąc wpakował nasze rowery do bagażnika. Na pytanie gdzie jedziemy odpowiedziałem, że „najpierw do Termachiwki, a później powiem, co dalej”. Wydawało się, że zrozumiał, bo podjechał na stację benzynową i zatankował trochę ropy. Jak się miało jednak finalnie okazać, zdecydowanie za mało... 

   Kierowca był dość rozgadany. Pytał, co nas tu przywiało i opowiadał o swoim życiu w Malinie. Długo zwlekałem, żeby mu nakreślić dokładny cel naszej podróży, ale gdy w końcu się odważyłem, odpowiedział jedynie:

 „Bardzo dobrze, że macie jakieś zainteresowania. Tutejsza młodzież to tylko pije i pali!”

   Na kilka kilometrów przed Termachiwką (Termachiwka to miejscowość położona mniej więcej w połowie drogi z Malina do mostu stanowiącego granicę Zony) zorientowałem się, że niezbyt jasno nakreśliłem kierowcy nasze intencje, stąd zatankował paliwa jedynie na dojechanie do Termachiwki i z powrotem. Zaczęliśmy się zastanawiać, co w takiej sytuacji zrobić. Kierowca stwierdził, że może podjechać jeszcze jakieś pięć, może dziesięć kilometrów i będzie musiał wracać. Zgodziłem się, wierząc, że po drodze znajdziemy jakieś rozwiązanie, w innym wypadku do przejechania na rowerze mielibyśmy dodatkowe, nieplanowane piętnaście kilometrów. Popatrzyłem na mapę i wynikło z niej, że przed nami znajduje się jakaś większa wieś. Zatrzymaliśmy się więc na głównym placu tejże wsi i zaczęliśmy szukać jakiegokolwiek śladu życia.

   Mimo, że dochodziła już północ, nie musieliśmy zbyt długo czekać. Zza zakrętu wychynęli miejscowi rowerzyści w kamuflażu wybitnie-nie-strefowym, czyli z neonami na szprychach i zamontowanymi wszędzie gdzie się tylko da diodami. Poinformowali nas, że zaprałka (stacja benzynowa) znajduje się dwa kilometry stąd, „wystarczy zadzwonić dzwonkiem i ktoś powinien otworzyć”. 
Faktycznie - po kilku kilometrach wyrósł przed nami drogowskaz wskazujący, że za kilkaset metrów trafimy na stację. Skręciliśmy i ujrzeliśmy stojącą pośrodku niczego, niewielką wiatę z dwoma dystrybutorami. Nasz kierowca zadzwonił dzwonkiem, ktoś wyszedł, zatankował, a my w międzyczasie porobiliśmy parę "śmiesznych" zdjęć i wypaliliśmy kilka papierosów.


Pierwszy klient od powstania tej stacji.

Polacy przejmują tą taksówkę!


   Jako, że kierowca, nie będąc przygotowanym na to tankowanie, nie miał przy sobie zbyt dużo gotówki, sam zapłaciłem za paliwo, umawiając się, że zostanie to odjęte od ostatecznej kwoty, którą przyjdzie nam zapłacić.
W dobrych nastrojach odjechaliśmy ze stacji i ruszyliśmy w kierunku wsi Marianiwka, by tam odbić na północ, w kierunku granicy Czarnobylskiej Strefy.

   W samochodzie rozbrzmiewała głośno muzyka. Kierowca zachwalał swój sprzęt nagłaśniający, a ja zastanawiałem się co mi w tej układance nie pasuje.
Dopiero teraz do mnie dotarło, że przez całą drogę to ja rozmawiałem z kierowcą, a Justyna, mimo znajomości języka rosyjskiego nie odezwała się ani słowem. Byłem przekonany, że śpi, jednak zauważyłem, że ma szeroko otwarte oczy i że jest wyraźnie przejęta chwilą.

- Wszystko w porządku - zapytałem
- Tak, tylko z każdym kilometrem coraz bardziej zdaję sobie sprawę, gdzie faktycznie jedziemy.
- Miałem dokładnie tak samo za pierwszym razem, chciałem nawet zawrócić będąc już w Zonie, ale za wiele osób wiedziało o moim wyjeździe, więc nie wchodziło to nawet w rachubę. Ale żeby nie było – też się przecież boję, jadę tu nielegalnie dopiero drugi raz.

Spojrzałem na telefon - do mostu zostały tylko trzy kilometry. Poinformowałem kierowcę, że to już to miejsce i poprosiłem, żeby się zatrzymał.
Zaparkowaliśmy na poboczu. Taksówkarz pomógł nam wyjąć nasze rowery, po czym przy użyciu odpowiedniego klucza wyjętego ze swojej skrzynki przykręcił odczepione wcześniej od roweru Justyny przednie koło.
Będąc już gotowi zapłaciliśmy ile trzeba, podziękowaliśmy kierowcy i zapisując wcześniej jego numer telefonu, przy obustronnych życzeniach "szerokiej drogi" ruszyliśmy w kierunku Zony.

   Wiedziałem, że został nam tylko jeden zakręt, za którym będziemy mieli do pokonania dwukilometrową prostą w kierunku mostu. Wiedziałem też, że moja znajoma od kilkunastu lat nie jeździła na rowerze, nie licząc kilku kilometrów pokonanych przy przekraczaniu granicy dwa dni wcześniej. Jednak nie spodziewałem się aż takich trudności.
Justynie trudno było utrzymać równowagę, a z każdym metrem problem stawał się poważniejszy. Zdziwiło mnie to, ponieważ zeszłego dnia przejeżdżając z dworca do hotelu radziła sobie dość dobrze. 
Zatrzymaliśmy się na chwilę, żebym mógł zdiagnozować usterkę. Przejechałem kilka metrów i - faktycznie - coś było nie tak, nie wiedziałem jednak co. Poprosiłem ją, żeby wytrzymała jeszcze te kilkaset metrów i będąc już w Zonie, naprawię jej rower. Zgodziła się.
Wyjechaliśmy zza zakrętu, a naszym oczom ukazała się, widoczna na horyzoncie dość jasna łuna

- Nie podoba mi się to - stwierdziłem
- Dlaczego?
- Ten most nie jest oświetlony, najbliższe źródło światła to Punkt Kontrolny "Dąbrowa" jakieś dziesięć kilometrów stąd.
- To co to może być?
- Samochód

I faktycznie - pół minuty później zauważyliśmy zbliżające się do nas z każdą sekundą reflektory. Krzyknąłem jedynie - SPIERDALAMY W KRZAKI!!!, jednak moje słowa do nikogo nie dotarły, bo Justyna od dobrych dziesięciu sekund już tam na mnie czekała. Wrzuciłem swój rower do przydrożnego rowu i położyłem się obok niej i dumny, z jej szybkiej reakcji, z napięciem wyczekiwałem dalszego rozwoju sytuacji.
Robiło się coraz jaśniej, a ja zacząłem się zastanawiać, czy aby na pewno dobrze się ukryliśmy i kierowca samochodu podczas mijania nas, nie zauważy naszych sylwetek lub rowerów. Na szczęście leciwa Łada Niva przemknęła bez wykrycia naszej obecności i odczekując jeszcze kilka minut mogliśmy w spokoju wyjść na drogę i kontynuować wędrówkę do Prypeci.

   Problemy z rowerem Justyny zaczęły się nasilać. Zatrzymaliśmy nasze jednoślady, żeby przyjrzeć się usterce raz jeszcze. Cały zestaw naprawczy spoczywał na dnie mojego plecaka, więc ponownie zaproponowałem, żebyśmy przejechali jeszcze te kilkaset metrów, a za mostem, już w "nowym, spokojniejszym świecie" postaram się, już bez pośpiechu temu zaradzić

- Trzeba było nie brać tych rowerów - zaśmiała się Justyna
- No co racja to racja, ale w Strefie mogą się okazać zbawienne - odpowiedziałem
- Widzisz jak ciężko mi się jeździ... Weźmy poprowadźmy je chociaż przez moment, bo mnie szlag za chwilę trafi
- Kurcze... proszę... wytrzymaj jeszcze przez kilkaset metrów. Jak dojedziemy do mostu to tam zsiądziemy i poprowadzimy, a po drugiej stronie rzeki, już w Zonie zobaczę co jest nie tak. Poza tym jak chcesz możemy się zamienić rowerami
- Wątpię, żeby to pomogło. Już jechałam wcześniej na twoim i nie widzę różnicy
- No dobra, to tak jak mówiłem - pięćset metrów i zsiadamy
- Jestem za

O tym, że znaleźliśmy się na moście dowiedzieliśmy się, gdy koła naszych pojazdów wpadły w wielką szczelinę prawie nas wywracając. Wiedząc, że tak będzie bezpieczniej zeszliśmy z rowerów i powoli, tak żeby nie było słychać charakterystycznego "tykania" zębatek zaczęliśmy przesuwać się w kierunku kratownicy blokującej dostęp na drugą stronę rzeki.

Idąc przez most zauważyłem pewne zmiany, w stosunku do tego co zapamiętałem z wyprawy sprzed roku. Ustawiono więcej betonowych zapór, przez które co chwila trzeba było przenosić rowery, pojawiło się więcej szczelin, szerokich na kilkanaście centymetrów, w które przy odrobinie pecha mogła wpaść noga, aż po kolano.Poza tym zaintrygowała mnie dość mocno jedna rzecz – po prawej stronie, w szuwarach zauważyliśmy ledwo widoczne zapalające się i gasnące co chwilę światło latarki. Jak gdyby ktoś chciał cokolwiek dostrzec, nie będąc przy tym zbytnio widocznym z daleka. Wiedząc, że z mostu nie mamy możliwości ucieczki w żadną ze stron, a zawracanie nawet nie wchodziło w rachubę, ruszyliśmy naprzód. 

--------------

Wciąż nie mam pojęcia czym były te zagadkowe światła. Może był to pogranicznik, stalker lub jakiś rybak oświetlający sobie drogę ekranem swojego smartfona. W każdym razie, na kolejnych moich wyprawach nadal je widuję

 -------------

   Dotarliśmy w końcu do kratownicy. Było zbyt ciemno, żeby rozeznać się w sytuacji, więc żeby nie zwracać na siebie ewentualnej uwagi, zamiast latarki użyłem telefonu. Okazało się, że metalowa kratownica też przeszła lekki lifting. Po jej prawej stronie, gdzie z reguły znajdował się łatwy do pokonania nasyp rozłożono zwinięty drut (taki a'la wojskowe zasieki), a przez pozostałą przestrzeń od nasypu do krawędzi mostu poprowadzono kolczasty drut.

Jedyne zdjęcie kratownicy jakie posiadam, zrobione jeszcze przed wprowadzeniem zmian, dlatego patrzone stosownym paintowym komentarzem pokazującym jak to teraz wygląda. Zwykle przekraczanie mostu jest zbyt emocjonujące, żeby marnować je na robienie zdjęć :)
Uznaliśmy, że najlepiej będzie najpierw przerzucić nasze plecaki na drugą stronę, a dopiero później zająć się rowerami. Z plecakami poszło łatwo, jednak rowery trzeba było dość wysoko podnieść, tak, żeby przypadkiem, już na samym początku wyprawy nie przebić sobie opon. Ostatecznie z trudem, ale jednak szczęśliwie znaleźliśmy się po drugiej stronie rzeki. Założyliśmy plecaki i ruszyliśmy asfaltową drogą wgłąb Zony.


Szczerze? Nie wierzyłem, że uda nam się wjechać chociażby do Strefy. Jeśli to się powiodło, reszta powinna pójść już z górki.


Koniec części IV

czwartek, 30 marca 2017

Drugi Nielegal, czyli jak nie organizować wyjazdu za granice…ale dobrze się przy tym bawić - Część III


Część III

13 sierpnia 2016
14:30 (13:30 czasu polskiego)

- No dobra udało się, fajnie, ale teraz trzeba pomyśleć co robimy dalej - stwierdziłem na stacji benzynowej, kilkaset metrów za granicą.
- Na pewno musimy trzymać się z daleka od kierowcy TIRa, z którym się zderzyłam - zażartowała Justyna
 No i proszę cię - nie opowiadaj nikomu o tym zdarzeniu...
- Nie ma sprawy, choć jestem pewien, że pierwsza to zrobisz - zaśmiałem się, choć faktycznie, kilkanaście minut później wszyscy jej znajomi już o tym wiedzieli :)


W końcu na Ukrainie!

   Chwilkę odpoczęliśmy, zjedliśmy kolejną, zarezerwowaną na życie w Zonie porcję kabanosów i zgodnie z zaleceniami spotkanych Ukraińców postanowiliśmy przejechać 500 metrów dalej w miejsce skąd powinny odjeżdżać busy i autokary wgłąb Ukrainy.
Wsiedliśmy na rowery i z trudem utrzymując równowagę (dodatkowy plecak, a u Justyny - torba na bagażniku) po chwili dotarliśmy do miejsca, które uczestnicy wyjazdów do Czarnobyla powinni kojarzyć ze sklepu o nazwie Komora Plus wywołującego nie wiedzieć czemu uśmiech na twarzach połowy grupy.


Komora losowania jest pusta, następuje zwolnienie blokady...
 Tak, to z pewnością takie skojarzenie przywodzi na myśl ten sklep...



Działa tu wiele małych, przygranicznych biznesów, typu wymiana walut, czy sprzedaż owoców. Jest to także miejsce odjazdu taksówek, czy niewielkich busów do oddalonego o sześćdziesiąt kilometrów Kowla, pierwszego większego miasta na głównej drodze prowadzącej od granicy do Kijowa.

Po kilkunastu minutach pytania "którędy na Kowel?" i słuchania, że "koniecznie musicie odwiedzić Jezioro Świteź, to niedaleko, zawiozę was za sto hrywien" w końcu usłyszeliśmy od pewnej babuszki, trudniącej się sprzedażą arbuzów, że najszybciej będzie dojechać do miejscowości Rymacze, w której znajduje się stacja kolejowa Jahodyn, nazwana tak od nieistniejącej obecnie już wsi. Tą samą nazwę po ukraińskiej stronie nosi również przekroczone przez nas przejście graniczne.

Tak też zrobiliśmy. Szybkie spojrzenie na mapę i już wiemy, że mamy do przejechania sześć kilometrów. Pozornie mało, jednak nierówna walka ze źle rozłożonym ciężarem bagaży dawała nam się we znaki. Metodą "małych kroczków", czyli...

- Widzisz ten znak 500 metrów dalej?
- Widzę
- No to do niego dojedziemy i zrobimy krótki postój
- Przekonałeś mnie

 ..., targani podmuchem wiatru przez mijane TIRy oraz żartując, że jeden z nich będzie chciał wziąć odwet za zarysowany bok, w końcu po godzinie dotarliśmy do skrzyżowania.


---

W tym momencie muszę przypomnieć, że Justyna od dobrych 15 lat nie jeździła na rowerze i musiała się tej sztuki nauczyć praktycznie na nowo. Z drobnymi problemami, ale szło jej to całkiem sprawnie.

---


   W oddali widać było wiejskie zabudowania i dość sporą, zabytkową stację kolejową z 1907 roku nijak nie pasującą swoim wyglądem do okolicy. Odbiliśmy w prawo, na dość dziurawą drogę i po przejechaniu kilkuset metrów trafiliśmy pod wspomniany dworzec. Z bliska prezentował się naprawdę przyjemnie. Widać było, że przeszedł niedawno generalny remont. Oprócz kilku osób zatrudnionych do obsługi stacji, nie zauważyliśmy nikogo więcej. Wieś sprawiała wrażenie opustoszałej.


Dworzec w pełnej okazałości

   Z rozmowy z podpitym dróżnikiem wynikło, że najbliższy pociąg w kierunku Kowla odjeżdża za godzinę o 18:30.
Weszliśmy do budynku stacji i zanim kupiliśmy bilety, zapytaliśmy siedzące tam i plotkujące panie, czy jest możliwość zabrania ze sobą roweru do pociągu. Użyłem ukraińskiego słowa "welocyped", jednak te nie miały pojęcia o co nam chodzi. Zawołały swoją koleżankę, a ta do nich "welocyped, nu po naszemu rower".
Bilet kosztował jakieś grosze, dodatkowo dostaliśmy kwitek, że mamy większy bagaż (rowery). Podziękowaliśmy więc i wróciliśmy do palenia ukraińskich już papierosów.

Na kilkanaście minut przed przyjazdem pociągu z letargu wyrwał nas deszcz, który w połączeniu z wysoką temperaturą (pamiętacie pewnie jakie upały panowały w sierpniu 2016 roku) był zbawienny. Schowaliśmy rowery do środka, a sami wyszliśmy delektować się letnią mżawką.

   Przyjechał pociąg. Tego się jednak nie spodziewaliśmy. Wyglądał jak zabytkowa wąskotorówka. W środku nalepione były naklejki informujące o sto pięćdziesiątej piątej rocznicy istnienia Львівської залізниці (Kolei Lwowskich) i nie zdziwiłoby nas gdyby te wagony faktycznie pamiętał czasy przynajmniej setnej rocznicy tego przedsiębiorstwa. Wnętrze wagonów przywodziło na myśl szósty odcinek Wilka i Zająca. Te same drewniane ławki i półki na bagaże, jedyna różnica to elektryczna lokomotywa na miejsce tradycyjnej ciuchci. Krótkie porównanie:

Nu Zajec, nu... pagadi!!!


   Pijany dróżnik gwizdnął i ruszyliśmy. Z każdą mijaną stacją pociąg się zapełniał. Tak jak przy okazji ostatniej wyprawy mijaliśmy wioski, w których mieszkało raptem kilka osób, a że w danym miejscu jest stacja nie wynikało z żadnego znaku, a raczej z przyzwyczajenia maszynisty. W pewnym momencie wydawało się nam, że znajdujemy się w jakimś mobilnym muzeum wsi ukraińskiej, tyle było tutaj folkloru: baby w chustach i strojach w kwieciste wzory z wózkami i tobołami skrywającymi plony ze swoich pól oraz słojami pełnymi przetworów z przydomowego ogródka. Nikt też nie był zbulwersowany, gdy obca baba zwróciła uwagę czyjemuś dziecku, że za głośno krzyczy. Rodzic jeszcze jej za to podziękował i trzepnął swoją pociechę na dokładkę w tyłek  - jak za starych dobrych czasów...


W tym pociągu rowery przeszkadzały najmniej. Zobaczycie co będzie potem :)


   Po ponad godzinie zatrzymaliśmy się na dworcu w Kowlu. Z pomocą współpasażerów z nami jadących wyjęliśmy nasze rowery i weszliśmy do hali dworca, by zorientować się kiedy odjeżdża nasz pociąg do Korostenia. Na szczęście nie musieliśmy długo czekać, bo miał zjawić się na stacji za kilka minut, a odjechać za pół godziny. Idąc w kierunku kas usłyszałem znajomy język wydobywający się z ust osób, tak jak my trzymających w rękach kierownice swoich rowerów. Przywitaliśmy się, powiedzieli nam, że przyjechali z Poznania i przez ostatnie dwa tygodnie przejechali dookoła całą Ukrainę. Ukrywając swój cel i wymijająco podając losowe nazwy miejscowości przez które zamierzamy przejeżdżać wywiedzieliśmy się jakimi pociągami najlepiej jechać i jak wygląda zabieranie rowerów na pokład - nie najlepiej, ale idzie się z obsługą pociągu dogadać.

Podeszliśmy do kas i poprosiliśmy o "dwa do Korostenia" oraz zapytaliśmy czy można wnieść ze sobą rowery. Kobieta zastanowiła się i odpowiedziała zdawkowo "zapytajcie kierownika pociągu". Podeszliśmy więc do kierownika pociągu, a właściwie  to do losowej osoby stojącej przy pociągu i ubranej w strój oznajmiający nam, że być może jest to pracownik kolei i zapytaliśmy go o to samo. Odpowiedział, krótko "nie wiem, zapytajcie w kasie".
Wróciliśmy, więc do kasy i powiedzieliśmy do okienka:

- Kierownik się zgodził
- No dobra, ale musicie kupić bagażnik
- Jaki znów, bagażnik? - zapytałem zdziwiony
- No bagażnik, pff... bagażnyj kwitok

 Z jej słów wynikało, że chodzi o jakiś dodatkowy bilet na przewóz nadmiarowego bagażu. Poprosiłem, więc o taki, okazało się jednak, że kasa bagażowa znajduje się kilkaset metrów dalej, na końcu peronu. Spojrzałem na zegarek - świetnie... 10 minut do odjazdu. Zostawiając Justynę z rowerami pobiegłem szybko w kierunku wspomnianej kasy i na szczęście bez większych komplikacji udało się tam kupić dwa "bagażniki". Równie szybkim tempem wróciłem i widząc, że pociąg już zamierza odjeżdżać wbiegliśmy weseli ze szczęśliwego obrotu sprawy do losowego wagonu.

  Pociąg ruszył. Dopiero po chwili dotarło do nas, co znaczy napis "Плацкарта" widniejący na bilecie. Trafiliśmy właśnie do tzw. Płackarty, czyli ciasnego wagonu, z rzędem dwupiętrowych łóżek, mogącego łącznie pomieścić 54 podróżnych oraz obsługę. Każdy wagon posiada również dwie toalety, samowar "Tytan" z gorącą wodą oraz co najważniejsze - panią wagonową, która jest tutaj nie znoszącą sprzeciwu carycą i do której poleceń należy się bezwzględnie stosować. Poza tym nie ma tragedii. Każdy otrzymuje pościel, czyli poszewkę na kołdrę i poduszkę oraz prześcieradło. Wszystko z logiem УЗ (ukr. Укрзалізниця, pol. Ukrzaliznycja, czyli po prostu Koleje Ukraińskie. Ciekawostka - prezesem tej spółki jest Polak - Wojciech Balczun, gitarzysta zespołu Chemia). Dzięki temu długą podróż można pominąć zasypiając na dość wygodnym legowisku i budząc się wyspanym dopiero na stacji docelowej nie ustawiając nawet budzika. Dlaczego? Ano, jak już wspomniałem - każdy wagon wyposażony jest w panią wagonową, która przed wejściem do pociągu sprawdza i zabiera bilety. W swoim pomieszczeniu służbowym układa je chronologicznie tak, żeby mieć uszeregowanych pasażerów w kolejności wysiadania na kolejnych stacjach. Pomagier wagonowej z kolei (sic!) z tak ułożoną listą informuje lub w razie potrzeby budzi pasażerów na ich przystanku.  Dzięki temu nikt nie pojedzie dalej niż powinien, a także nikt nie zaśpi swojej stacji.

Poniżej schemat pojedynczej płackarty:

Na obydwu końcach toalety,  na przeciwko toalety samowar "Tytan", pomieszczenia po lewej stronie wagonu to odpowiednio, od lewej: toaleta, pomieszczenie służbowe, sypialnia dla obsługi pociągu.

  Jak pisałem, weszliśmy do losowego wagonu nie wiedząc czego się spodziewać. Miejsca w przedsionku i korytarzu było bardzo mało, a nasze rowery dodatkowo uniemożliwiały jakąkolwiek komunikację między wagonami. Wszyscy więc patrzyli na nas z wyraźnym podirytowaniem. Nie wróżyło to niczego dobrego, tym bardziej, że mieliśmy przed sobą niemal dziesięć godzin podróży.

----

   Zapomniałem o tym wcześniej wspomnieć, ale do przejechania mieliśmy trasę Kowel -> Korosteń, które to miasta dzieli niemal trzysta kilometrów prostej jak strzała drogi. Samochodem można tą odległośc przejechać w niecałe trzy godziny. Pociągiem jednak jechaliśmy siedem godzin dłużej, mijając Łuck, Równe oraz Nowogród Wołyński. Dla nieznających topografii Ukrainy, to mniej więcej tak, jakby z Krakowa do Warszawy pojechać przez Rzeszów oraz Lublin.

----
Wnętrze płackarty, czyli wagonu o najniższej z możliwych klas

   Wagonowa, która sama przed odjazdem zaproponowała nam wejście do jej wagonu, twierdząc, że nie ma już czasu na szukanie naszego, wzięła nasze bilety i stwierdziła, że musimy przejść 4 płackarty dalej, ale że nie ma tu dużo miejsca najlepszą opcją będzie szybkie wyjście z rowerami na na zewnątrz i przełożenie ich do prawidłowego już wagonu. Poinformowała nas, że pociąg zatrzymuje się na stacji za pół godziny, ale będziemy mieli raptem kilka minut, więc poleciła, żebyśmy przenieśli swoje bagaże najlepiej już teraz, by wszystko obyło się możliwie jak najszybciej.

   Pociąg zatrzymał się pół godziny później. W szczerym polu. Drzwi otworzyły się, a my, jak rażeni prądem wybiegliśmy pchając szybko nasze rowery i licząc mijane wagony. Jeden, dwa, trzy, dobra ten musi być nasz! Podeszliśmy do drzwi i z trudem wtargaliśmy nasz bagaż po czterech stromych schodkach prowadzących na znajdujący się półtora metra nad ziemią pokład.
Oparliśmy je o drzwi i zdemontowaliśmy przednie koła, żeby zrobić zwolnić trochę przestrzeni dla przechodzących między wagonami pasażerów. W końcu znaleźliśmy swoje miejsca, rozłożyliśmy pościel, podłączyliśmy telefony do power-banków i wreszcie mogliśmy się delektować właściwą częścią podróży... Nie, to by było zbyt idealne. Co chwilę wołała nas obsługa pociągu mająca coraz to lepsze pomysły na ulokowanie naszych rowerów w coraz to innym miejscu. W końcu postanowili, że najlepiej będzie je położyć przy niesprawnych drzwiach wagonu. Upewniając się, że w ten sposób już nikomu nie przeszkodzą i że jest to ostateczna decyzja usadowiliśmy się na swoich łóżkach i zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim i o niczym, aż dotarliśmy do stacji Łuck, gdzie mieliśmy ponadpółgodzinny postój.
Większość pasażerów, w tym my wyszła na zewnątrz rozprostować kości i przy okazji zapalić papierosa.


Nie wyobrażam sobie niepełnosprawnego wchodzącego po tych schodkach...


Po wypaleniu kilku papierosów uznaliśmy, że już jest odpowiednia pora (po 22-ej), żeby położyć się spać. Wróciliśmy do środka i kładąc się na naszych miejscach zasnęliśmy.

   Obudziłem się. Pociąg stał, w wagonie panował ruch. trochę ludzi wychodziło, trochę wchodziło. Odsunąłem firankę żeby zobaczyć gdzie jesteśmy i poczułem szturchającą mnie rękę. Cichy głos zapytał:

- Gdzie już jesteśmy?

Przyjrzałem się temu co widzę za oknem i odpowiedziałem

- W Sławutyczu, na głównym placu
- Bardzo śmieszne...
- No poważnie, zobacz
- Ej, bez kitu!

Faktycznie, widok za oknem przypominał niemal wypisz wymaluj plac centralny w miejscowości Sławutycz (wybudowanej po awarii w Czarnobylu dla pracowników wciąż działającej wtedy elektrowni). Wyglądało to jak gdyby przez jego środek poprowadzono tory i puszczano nimi dalekobieżne pociągi. Zdjęcie niewyraźne, ale sprawne oko zauważy podobieństwo :)


Zdjęcie robione....płackartą

Zasnęliśmy na nowo, żeby zostać obudzonym już na właściwej stacji, czyli w Korosteniu, choć budzenie to dużo powiedziane, bo polegało ono na dość mało delikatnym szturchnięciu mnie w bok, a w przypadku Justyny dość mocnym pociągnięciu za rękę i krzyczeniu czegoś po ukraińsku.

Spakowaliśmy się i patrząc po drodze czy niczego nie zapomnieliśmy, w końcu wyszliśmy na zewnątrz. Zgodnie uznaliśmy, że była to dośc ciekawa przygoda, ale tylko na raz. Nie chcielibyśmy tego więcej powtarzać.
Znaleźliśmy się na dworcu znanym już mi z pierwszej nielegalnej wyprawy.
Wciąż wisiały tu w różnych miejscach tabliczki z napisami "Rabota w Polsze" zachęcające Ukraińców do pracy w naszym pięknym kraju.


- Kurcze, właśnie szukam pracy. Myślisz, że mnie zatrudnią?
- Jak w CV wpiszesz "Znajomość języka polskiego na poziomie komunikatywnym zarówno w mowie ja i piśmie" to na pewno :) 

   Zegar na dworcu wskazywał, że zbliża się szósta, a telefon nieubłaganie mu wtórował dodając od siebie, że już od kilku godzin powinniśmy być w strefie. Mieliśmy już bowiem dzień czternasty, miesiąca sierpnia, a dla przypomnienia - autobus nie zabrał nas dwunastego. Tym razem szczęście się do nas uśmiechnęło - pociąg odjeżdżać miał za piętnaście minut i wszystko wskazywało, że nie będzie większych problemów z naszymi rowerami. Kupiliśmy bilety i po chwili weszliśmy do pociągu mającego nas zawieść do miejscowości Malin. A właściwie to nie "pociągu", a "elektriczki", bo tak, znowu trafiłem na identyczny skład jak ten, zawożący pracowników ze Sławutycza na stację Semichody, położonej zaledwie kilkaset metrów od Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej.

Rzuciłem żartobliwie wyjęty z kieszeni portfel na znajdujące się przede mną miejsce i po chwili go podnosząc zajęliśmy zarezerwowaną przed sekundą kanapę.

----

Dla tych, którzy nie jechali nigdy wspomnianą czarnobylską elektriczką, krótkie wytłumaczenie:
Codziennie tysiące ludzi korzystają z identycznego składu jako transportu do pracy w Czarnobylskiej Zonie. Każdy z nich od lat siedzi na tym samym miejscu, z tymi samymi znajomymi. Gdy pojawiamy się tam my, turyści i chcemy zająć konkretne miejsce, wiemy, że nie wolno nam siadać, gdy jest ono "zarezerwowane". Jak taka rezerwacja wygląda? Ano na rzeczonej kanapie leżą karty do gry, parasolki, torby, siatki, czy klucze. Grupa z reguły jest odpowiednio wcześnie informowana o takim zwyczaju, żeby przypadkowo nie popełnić strefowego faux pas.

Tutaj porównanie elektriczki "czarnobylskiej" i tej "malinowej":

Ta po lewej to... a zresztą, zgadnijcie sami :) Jakby nie patrzeć, obydwie mają na celu zawieść nas do Zony :)

   Mijając równie malownicze krajobrazy jak podczas podróży spod granicy do Kowla po ponad godzinnej jeździe dotarliśmy do pierwszego planowanego celu naszej podróży, czyli miejscowości Malin. Czterech panów po pięćdziesiątce, gdy zauważyło, że Justyna zmierza w kierunku wyjścia pobiegło za nią. Zrobili przy wejściu szpaler, pomogli jej znieść rower i odganiali innych pasażerów krzycząc "Chwila! Nie widzicie, że dziewczynce rower wynosimy?!"

   Słońce już całkowicie wzeszło, nie było wielkiego upału, wiał dość przyjemny wiatr. Uznaliśmy więc, że nie ma sensu łapać busa, mając transport ze sobą. Do hotelu, podjedziemy.
Ruszyliśmy w dół ulicy Ohienka, by po chwili znaleźć się na znanym już mi rondzie. Zatrzymaliśmy się przy pomniku z serii Dzwony Czarnobyla, zrobiliśmy kilka zdjęć monumentowi oraz pięknie wschodzącemu słońcu i ruszyliśmy dalej ulicą Hruszczewskiego.




Justyna w promieniach słońca


   Przejeżdżając obok domu (wtedy jeszcze nieświadomie) dziadka, który dokładnie rok wcześniej pomógł mi wrócić do Polski oraz mijając remizę straży pożarnej, której strażacy trzydzieści lat temu brali udział w gaszeniu Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej dotarliśmy do pierwszego pierwotnie planowanego noclegu, czyli hotelu Ukraina.

   Poprosiłem Justynę, żeby poczekała z bagażami na zewnątrz, a sam wszedłem do środka. Zapytałem ochroniarza, czy moglibyśmy na wewnętrznym podwórku zostawić nasze rowery. Zgodził się.


Rowery w reprezentacyjnym miejscu

   Gdy rowery były już w bezpiecznym miejscu, weszliśmy na drugie piętro zameldować się w recepcji. Poinformowana o naszym spóźnieniu dzień wcześniej recepcjonistka dała nam klucze i pokazała pokój. Pałac prezydencki to to nie był, ale też nie było na co narzekać. Ot, zwykły pokój hotelowy na Ukrainie. Dwa łóżka, mały telewizor, lodówka, łazienka i dywan na ścianie. Nic więcej do szczęścia nie było nam potrzeba. Poszedłem do łazienki, by pierwszy raz od dwóch dni się wymyć. Odświeżony, założyłem czyste ciuchy i podłączając całą elektronikę do ładowarek, opadłem bez sił na łóżko i zasnąłem.

Koniec części III