środa, 20 listopada 2019

KALENDARZE 2020

Koniec roku tuż tuż, więc najwyższy czas zastanowić się nad kupnem nowego kalendarza. Od kilku lat współprowadzę fanpage Czarnobylcy i już drugi raz z rzędu pragnę wam wcisnąc swój kalendarz :)

Rok temu postanowiłem zrobić kalendarz "stalkerski", formuła się przyjęła i choć tym razem tak bardzo stalkersko nie będzie to postanowiłem zostawić ficzer jakim są krótkie historie odnoszące się do konkretnego zdjęcia.

Dużo o kalendarzu nie ma co pisać - ma 13 stron, 12 miesięcy i 366 dni jak większośc kalendarzy. Długo zastanawiałem się nad zdjęciami i ostatecznie wybierałem je z moich wszystkich albumów, począwszy od 2012 roku, dlatego będzie widać nie tylko strefę taką jak wygląda teraz, ale również budowę nowego sarkofagu - Arki.

Jak prezentuje się okładka? Ano tak:


A jakaś strona, a na przykład tak:



Koszt to 35zł plus 15zł przesyłka. Więcej informacji odnośnie ceny i sposobu zamawiania na stronie Czarnobylcy lub pod mailem sadamski86@gmail.com

środa, 16 października 2019

Jak upały to do Zony, do Zony... Część piąta

Nowoczesna łódź motorowa zbliżała się do brzegu. Szybko zarzuciłem na siebie spodnie i koszulkę, żeby nie witać jej załogi w samych bokserkach. Z tej odległości rozpoznałem już charakterystyczne, ciemnogranatowe uniformy - to była policja.


Ratowanie się ucieczką nie wchodziło w grę. Zawartość naszych plecaków praktycznie w całości leżała na trawie. Samo pakowanie zajęło by nam kilka minut, a rozstawać się z nimi nie zamierzaliśmy. Jedyna myśl, którą miałem w głowie - "jakim cudem oni tutaj podpłynęli?" - przypomniała mi kolejny raz, żeby nigdy sobie nie wmawiać "tutaj na pewno mnie nikt nie znajdzie".

Podszedłem do brzegu naszej niewielkiej zatoki i zastanawiając się, jak to możliwe, że łódka nie zaryła o dno złapałem rzuconą przez policjanta linę i przywiązałem do drzewa.

- Dobroho dnia - przywitałem się, podając rękę jednemu z nich
- Zdrastwuj, co wy tu robicie?
- Jak to co? Odpoczywamy, opalamy się!
- Dobra dobra, ale kim wy jesteście, macie przepustki?
- Nie no, nielegalnie tu przyszliśmy
- Serio? W taki upał, chciało wam się?

Podczas rozmowy z policją dotarło do mnie jak groteskowo musiało to wyglądać z zewnątrz: dwóch stalkerów stojących przy swoich hamakach, rozmawiających z policją - i to wszystko w Prypeci!
"To co będzie dalej?" - zapytałem. "Jak to co? Zabieramy was do Czarnobyla" - odpowiedział zdecydowanie policjant. Próby dogadania się z funkcjonariuszami nie zapowiadały się zbyt kolorowo.

Było ich trzech:
- pierwszy, sternik motorówki, lekko po czterdziestce wydawał się człowiekiem z którym najprędzej uda się dobić targu.
- drugi - w podobnym wieku - łysy,napakowany, ważył grubo ponad sto kilogramów i jednym ciosem byłby w stanie powalić kilku dorosłych mężczyzn. Sprawiał wrażenie niezbyt inteligentnego, choć raz po raz rzucał czarnym, dotyczącym nas humorem.
- w końcu ostatni, trzeci - ich przełożony. Myślę, że miał koło sześćdziesiątki. Twarz mocno pomarszczona, przepalona. Siwy, gęsty wąs tylko dodawał jej surowego wyrazu. Najbardziej zainteresował mnie fakt, że miał na sobie t-shirt z logiem gry Chernobylite polskiego studia The Farm 51. Próbowałem wykorzystać ten fakt w pertraktacjach.

Słoneczny patrol

Pokazaliśmy co mamy przy sobie, wyjęliśmy wszystko z kieszeni i daliśmy do wglądu paszporty. Kamerkom, nożom i latarkom poświęcili więcej uwagi, a część z nich wzięli ze sobą obiecując, że nam je zwrócą. Zgodnie z prawdą powiedzieliśmy gdzie leżą nasze plecaki, i że trochę nam zajmie pakowanie się.
W trakcie, gdy mój kompan oddalił się w tym celu na kilkanaście metrów, ja starałem się przekonać policjantów, że jesteśmy normalnymi ludźmi i nie przyjechaliśmy tu z niecnymi planami. Po prostu - zwykli stalkerzy, którzy chcieli sobie odpocząć od codziennego żywota. Po skończeniu mojego wywodu zauważyłem, że dwóch mundurowych chciało nawet coś powiedzieć, spróbować się dogadać, ale najstarszy - ich dowódca zgasił jakiekolwiek próby jednym zdaniem "nie ma takiej opcji, zabieramy ich do Czarnobyla". Każde moje pytanie było kwitowane taką samą, przeczącą odpowiedzią. Nawet "przypadkowe" wypadnięcie z mojej kieszeni kilkuset dolarów nie dało żadnego efektu. Ukraina widocznie zmienia się na lepsze.

Postanowiłem wykorzystać jeszcze jedną szansę. Jeden z funkcjonariuszy zapytał mnie gdzie się podział mój kolega. Odpowiedziałem, że jest zajęty pakowaniem swoich gratów kilkanaście metrów dalej i możemy pójść razem zobaczyć na jakim jest etapie. Sternik łódki, czyli ten najbardziej sympatyczny poszedł za mną. Gdy oddaliliśmy się już na bezpieczną odległość postanowiłem podjąć próbę jeszcze raz.
"Dobra, jaka jest szansa na dogadanie się? Oszczędzimy sobie wzajemnie czasu - my wyjdziemy z miasta i już się tutaj nie pojawimy, a wy nie będziecie musieli wypełniać tony papierów" - dokładnie tak bym zapytał gdybym miał już doświadczenie, które nabyłem kilka godzin później. Dlatego powiedziałem jedynie "hej, weźmy się dogadajmy". Odpowiedź mnie niestety nie zaskoczyła - "Ze mną i z grubym bez problemu się dogadasz, już dawno byśmy odpłynęli i nie było by problemu, ale widzisz tego starego? Ciężki temat, możesz próbować, ale my go na pewno nie przekonamy."

Karol już kończył załadunek plecaka. Pośpieszyłem go mówiąc mu, że i tak będzie całą zawartość jeszcze nie raz wybebeszał.

Wróciliśmy do policjantów. Zapytałem ich jeszcze raz czy mamy inny wariant, przy okazji rzucając zdawkowe "Koszulka Chernobylite - znajomi tę grę robili". Odpowiedział tylko "każdy może sobie ją kupić w kiosku na Ditjatkach".
Męcząc się z hamakami, w końcu za pomocą noży je odwiązaliśmy i ruszyliśmy za policjantami w kierunku motorówki.
Każde moje pytanie w kierunku najgrubszego z policjantów (dalej zwanego po prostu "Grubym") odnośnie naszej przyszłości kończyło się żartobliwą odpowiedzią "jak to co? Tjurma! [więzienie - ros.] Tjurma i deportacja!"
Wykorzystując moment, w którym żaden z policjantów nie patrzył na nas, wyciągnąłem aparat i zrobiłem poniższe zdjęcie. Dlaczego każde zdjęcie zrobione w konspiracji musi być niewyraźne, zniszczone lub jakkolwiek inaczej być po prostu zepsute? Wgramoliliśmy się na łódkę i po kilku manewrach wypłynęliśmy na rzekę Prypeć.


Po lewej dowódca, po prawej "gruby"


Sternik nie oszczędzał silnika. Płynęliśmy z prędkością niemal trzydziestu węzłów, czyli ponad pięćdziesiąt kilometrów na godzinę, co na wodzie jest nie lada wyczynem. Starałem się wypytać grubego o nasze dalsze losy, jednak co drugie słowo nikło w świszczącym nam w uszach wietrze, a głośna muzyka puszczona z zamontowanego na motorówce radia skutecznie zagłuszała mój niezbyt donośny głos.
Gdy w radiu zaczął lecieć się pewien hit ze złotych lat osiemdziesiątych "gruby" powiedział "może zatańczycie - żaden stalker nie miał jeszcze imprezy na policyjnej łódce". Zacząłem kołysać się dla żartu w rytm muzyki czym wprawiłem policjantów w dobry humor. Nie powiem - przyjemnie było  przy ponad trzydziestostopniowym upale mknąć z wiatrem we włosach dość nietypowym jak dla stalkera środkiem transportu. Jak stwierdził jeden z funkcjonariuszy - "powinniście się cieszyć - jesteście pierwszymi stalkerami, którzy płyną z nami po rzece. Poza tym powinniście nam dziękować, bo uratowaliśmy was przed udarem słonecznym - dodał z uśmiechem na ustach.


Zapytałem grubego, czy mogę zrobić zdjęcie moją Smieną. Odpowiedział "dobra, ale ostrożnie, żeby stary nie widział. Daj mi, to ja to zrobię" Ustawiłem co było do ustawienia, pokazałem mu co ma nacisnąć i wiedząc, że i tak to zepsuje dałem mu aparat. Oczywiście zdjęcie wyszło w połowie ucięte i rozmazane, ale zgodne z zasadą, że konspiracyjne materiały muszą być tragicznej jakości.



Po lewej - gruby jeszcze na brzegu - po prawej (i poniżej) zdjęcie zrobione właśnie przez niego.
Jedyna pamiątka z płynięcia motorówką. Sto lat temu robiono lepsze zdjęcia!


Gruby zaproponował mi, żebyśmy zeszli pod pokład. Było mi to ogromnie na rękę - w końcu mogłem w spokoju zamienić z nim kilka słów bez ryzyka, że ktoś inny nas usłyszy. Usadowiliśmy się na kanapach (które pewnie mają swoje nazwy w żeglarskim slangu) i zapalając policjantowi i sobie papierosa zadałem jeszcze raz pytanie. Dobra, ale tak na serio - co będzie dalej? Za bardzo jestem związany ze Strefą, w ogóle z Ukrainą, żeby tak dostać zakaz wjazdu do tego kraju i przestać tu jeździć.
- Ale ty się w ogóle nie przejmuj, nic wam przecież nie zrobią. Zawieziemy was na posterunek, podpiszecie jakieś dokumenty, dadzą jakiś mandat i będzie po wszystkim - uspokoił mnie.
- No to chwała Bogu. A powiedz mi - jak wy w ogóle nas tu zauważyliście? Ktoś wam powiedział, bo widziałem, że helikopter nad nami przelatywał, kiedy opalaliśmy się nad rzeką, czy może sami po prostu patrolowaliście ten teren i nas wyhaczyliście.
- Gdyby nie ten czerwony ręcznik jednego z was to nawet byśmy nie podpłynęli. Z daleka nie było nikogo widać. (Później dowiedziałem się od Karola, że to ręcznik reklamowy popularnej niegdyś strony internetowej z nazwijmy to... anonsami towarzyskimi")
- Ale kurcze, tyle razy się tu kąpałem, a nigdy jeszcze nie widziałem ani jednej motorówki. Nie słyszałem, żeby policja patrolowała te tereny.
- Masz rację - dostaliśmy te łódki jakiś miesiąc temu. Teraz pływamy praktycznie od Czarnobyla, aż pod samą Białoruś. Jesteście pierwszymi, których tutaj złapaliśmy, więc możecie się pochwalić takim jak wy, że płynęliście motorówką po Prypeci.
Skończyliśmy palić, gruby poprosił, żebym włączył galerię zdjęć i pokazał mu wszystkie zdjęcia, gdzie chodziliśmy. Zaśmiał się widząc, że do Zony wpływaliśmy pontonem, stwierdzając - "no i widzicie? W ten sam sposób wypływacie". Opowiedziałem mu jeszcze kilka historii z wyjazdów, o tym, że byłem miesiąc, że kilka razy byłem tu sam, że na tym brzegu spędzałem też dwa lata wcześniej swoje urodziny i wtedy na pewno nie dopłynęliby do nas do brzegu ze względu na niski stan rzeki.

Po wypaleniu kilku papierosów wyszliśmy na pokład. Mijaliśmy właśnie jedyny samochodowy most na północ od Kijowa, który łączy dwa brzegi Prypeci. Zauważyłem, że gruby ma dość nowocześnie wyglądającą broń i zapytałem kurtuazyjnie co to za model. Dumnie wyjął i powiedział, że to ukraiński Fort-17 i,że to skok cywilizacyjny, szczególnie, że niektórzy policjanci w Strefie dalej noszą radzieckie Makarowy.

Znaleźliśmy się już na wysokości miasta Czarnobyl. Na brzegu znajdowało się wielu pracowników Strefy. Niektórzy w samych kąpielówkach łowili ryby, inni opalali się, niektórzy po kolana w wodzie schładzali się w rzece. Podpłynęliśmy do nich. Byłem przekonany, że posypią się mandaty, gdyż takie czynności jak pływanie w rzece, chodzenie w krótkim rękawie i spodniach, nie mówiąc już o siedzeniu w samych slipach, czy - o zgrozo - łowieniu ryb są w Zonie zakazane. Rybołówstwo zaś - karane - i to nie jako wykroczenie, a przestępstwo.
Policjant, gdy znaleźliśmy się odpowiednio blisko zapytał ich "wy tutejsi?". Gdy odpowiedzieli twierdząco, popłynęliśmy dalej. Kocham ten kraj.

Zdecydowanie jest tu za mało obrazków, dlatego wrzucam wycinek z "moich tras"


Przyjemny rejs niestety zdawał się dobiegać końca. Na mniej zarośniętym brzegu pojawił się oliwkowy UAZ i to w jego stronę nasz sternik skierował motorówkę. Zanim przybiliśmy, najgrubszy z policjantów poprosił nas jeszcze o pieniądze - jak to stwierdził "na paliwo". Jako, że była to dość symboliczna kwota, nie starałem się nawet kłócić o zasadność jej płacenia.
Ostrożnie, żeby na sam koniec nie skompromitować się efektownym upadkiem do wody wygramoliliśmy się z łódki i stąpając, wciąż obolałymi po nocnym marszu stopami po zabłoconej trawie ruszyliśmy w kierunku radzieckiego jeepa. Szybkie przywitanie, przedstawienie się i odsłuchanie tradycyjnego (jak zdążyłem już zauważyć) żartu ze strony policjantów, że to plecaki powinny jechać na fotelach, a my w "klatce" z tyłu i już siedzieliśmy w środku. Wierząc, że następne działania ukraińskiej policji wobec nas pójdą już z górki ruszyliśmy w górę ulicy, w kierunku komisariatu.

sobota, 5 października 2019

Jak upały to do Zony, do Zony... Część czwarta



Delikatna wibracja telefonu zerwała mnie na nogi. Telefon pokazywał trzecią w nocy, co zgadzało się z otaczającymi nas egipskimi ciemnościami i co oznaczało, że spałem jedynie półtorej godziny. Dałbym wszystko, żeby móc bez skrępowania znów wrócić do łóżka (jeśli tak można nazwać nim kilka par drzwi i desek ułożonych na podwyższeniu koło pieca) i pospać jeszcze te kilka godzin.

Czas niestety nawet w Strefie nie jest z gumy i wszelkie obliczenia nakazywały nam w ciągu trzydziestu minut wyruszyć w dalszą drogę. W przeciwnym wypadku do Prypeci doszlibyśmy za dnia ryzykując bycie zauważonym przez policję.
Obudziłem Karola, a samemu zacząłem gotować wodę do zalania chińskiej zupki. Po szybkim, acz dość pożywnym posiłku (zupka, kabanosy i musli) z trudem założyłem na obolałe stopy buty. Plecak również wydawał się cięższy niż wczoraj, jednak jako organizator tego wyjazdu nie mogłem sobie pozwolić na narzekanie i chwilę później wyszliśmy na starą, zniszczona asfaltową drogę.

---

Tutaj chwilka dygresji - jako organizator takiego nielegalu, biorąc ze sobą czy to znajomych, czy obcych ludzi szczerze wolę gdy nie mają oni najlepszej kondycji, albo narzekają ciągle na ciężki plecak lub niewygodne buty. Wtedy wiem, że to ja muszę być tym, który zachowuje pozory i pokazuje, że nic nie jest w stanie go zniszczyć. Musze dawać dobry przykład. Gdybym pokazywał uczestnikom wyjazdu jak faktycznie się czuję i że z reguły jestem bardziej wycieńczony od nich - każdy z nas by się załamał, zatrzymał i dalej nie poszedł. Co ciekawe, gdy idę z ludźmi (muszą to koniecznie być dobrzy znajomi, przed obcymi też będę zgrywał niezniszczalnego) lepiej ode mnie zaprawionymi w pieszych wędrówkach - to ja jestem tym narzekaczem. Wtedy ciągle powtarzam jak to bolą mnie nogi, jak to nierównomiernie wypchany plecak wrzyna się w plecy, a pasy wbijają się w biodra. Nigdy nie może być za kolorowo - przy każdej wędrówce ktoś musi odgrywać rolę silnego, a ktoś tego słabego

---

Północna trasa do Prypeci urzekła mnie już nie raz. Z reguły wychodzi się na nią o wschodzie słońca, co potęguje efekt. Przede wszystkim jest ona zróżnicowana. Najpierw wiedzie asfaltową drogą przez kilka mostów we wsi Stare Szepelicze, dalej szutrem przez gęste lasy, by w końcu wyprowadzić na ciągnące się, poprzecinane liniami wysokiego napięcia pola. Idąc tędy czujesz się jak na pieszej wędrówce w beskidach, a o tym, że znajdujesz się w Strefie, przypominają jedynie majaczące w oddali resztki stajni dawnych kołchozów. 


Niewyspani i wciąż czujący efekty wczorajszego marszu zbyt często robiliśmy postoje i choć do przejścia mieliśmy około  dziesięć kilometrów, to na drogę prowadzącą nas już bezpośrednio do Prypeci wyszliśmy po wschodzie słońca. Postanowiliśmy więc w pewnym momencie zejść z niej i idąc na azymut przez kolejne pola i kolejne lasy wyjść bezpośrednio na ulicę Lesi Ukrainki. 

Plan od początku był taki, że miasta nie zwiedzamy, a jedynie przecinamy go w poprzek Aleją Budowniczych i korzystając z uroków znajdującej się na jej końcu chłodnej wody rzeki Prypeć zostajemy nad nią do wieczora. Wieczorem zabieramy kilka piw zostawionych dzień wcześniej przez znajomych z legalnej wyprawy i kierujemy się w stronę wyjścia ze Strefy zahaczając jeszcze o Oko Moskwy i bazę dywizjonu rakiet S-75 Wołchow.



Potykając się raz po raz o wystające z ziemi pozostałości zakopanych pojazdów mieszkańców Prypeci przeszliśmy przez PTLOR "Pripjat" (Punkt Tymczasowej Lokalizacji Odpadów Promieniotwórczych "Pripjat"), a leśna ścieżka wyprowadziła nas pod samą Fujiyamę - szesnastopiętrowy wieżowiec stojący na skrzyżowaniu ulicy Lesi Ukrainki i Aleji Budowniczych. Starając nie przypominać nikomu o naszej obecności, ale jednocześnie jak najszybciej wyjść z miasta zanim pojawią się tutaj pierwsze patrole przecięliśmy ostrożnie ulicę Bohaterów Stalingradu i dochodząc do ostatnich bloków weszliśmy na piaszczystą dróżkę. Minęliśmy PTLOR "Piaskowy Płaskowyż" - mogilnik, w którym zakopano skażoną ziemię z Prypeci, a na którym to terenie przed awarią wypoczywała każda rodzina Prypeci. Docelowo planowano wybudować tu kolejne osiedla miasta, obecnie wyglądem przypomina Pustynię Błędowską.

Teren o powierzchni kilometra kwadratowego częściowo porośnięty jest dość gęstą dżunglą


W końcu przed nami pojawiła się rzeka. Jej poziom jeszcze nie był optymalny do plażowania - plaża miała bowiem dopiero kilka metrów i w całości miała się odkryć miesiąc później. Będąc jednak zmęczonymi nie narzekaliśmy i niemal od razu wskoczyliśmy do wody. Poziom był już na tyle niski, że nawet mi, nie umiejącemu pływać nie groziło utonięcie. Położyłem się w połowie na brzegu, w połowie w rzece i delektując się chłodną wodą starałem się zasnąć. Uniemożliwiała mi to jednak ławica małych rybek, które raz po raz obijały się o moje ciało i przestraszone uciekając łaskotały. Dodatkowo słońce powoli stawało się nieznośne, więc wróciłem do Karola, po drodze nabierając do kilku butelek wody. Wykorzystując słup wysokiego napięcia rozwiesiliśmy na trzech jego betonowych podstawach swoje hamaki. Odganiając się od małych muszek i starając się znaleźć jak najwięcej cienia, wiedząc, że nikt nas tu nie znajdzie w końcu zasnęliśmy.

Zawsze trafiają mi się gorsze warunki spania. Tym razem mniej zacienione miejsce :)

Obudził mnie głos towarzysza: 

– Staszek, motorówka do nas płynie
– Bardzo śmieszne, daj mi pospać jeszcze chwilę
– Nie żartuję - naprawdę do nas płynie
– No to szybko, pakujemy się i zmywamy
– Nie zdążymy

Faktycznie - załoga motorówki nas już zauważyła i zmieniła kurs, powoli zbliżając się do naszej plaży. Szybko się ubraliśmy, ale czasu na ucieczkę było już za mało...



-------
Pozostałe zdjęcia:




Zrobione na czarnobiałym filmie aparatem Smiena 8M

środa, 2 października 2019

Jak upały to do Zony, do Zony... Część trzecia



Żar lał się z nieba, a wszystkie płyny skończyły nam się w połowie śniadania. Bagatelizowana przez nas kwestia braku wody stwarzała dość istotne ryzyko odwodnienia. Zawsze myślałem, że zrobić sobie krzywdę w Zonie można tylko zimą...


Trzymając telefon w ręku i próbując znaleźć studnię, której lokalizację podrzucił nam znajomy stalker dotarliśmy do zarośniętego gospodarstwa. Opuszczone dziesiątki lat temu pola przewyższały nas o głowę lub dwie. Istna dżungla.
W końcu przedzierając się przez pokrzywy, cudem nie parząc sobie rąk, znaleźliśmy, niczym nie osłonięty betonowy krąg. Nie tego się spodziewałem, ale jak się nie ma co się lubi... czy jakoś tak.

Popatrzyłem w dół – trochę syfu, jakieś liście. Not great, not terrible - jak głosi popularny ostatnio mem. Nie ma tragedii, gorszą wodę piło się w Zonie. Przywiązaliśmy do sznurka znalezioną obok studni szklaną butelkę i nabraliśmy kilkaset mililitrów żółtawej, mętnej cieczy. Powąchałem – no wali siarką, wziąłem na język – trochę kwaśne, ale z braku laku da radę. Dawaj! Tam leży wiadro, nabieramy.

Wyciągnąłem z plecaka lejek i już miałem przelewać wątpliwej jakości ciecz do butelki, kiedy usłyszałem:

- ej! zostaw to!
- czemu?
- no to popatrz do środka

Zerknąłem na wiadro. Na powierzchnie wody wypłynęła rozkładająca się już, zdechła mysz.

- ha ha... no to się, kurwa napiliśmy...
- przynajmniej już wiemy co tak śmierdziało
- uff... dobrze, że tego nie połknąłem, tylko wziąłem kilka kropel na język...


Mieliśmy dużo szczęścia, więc uznaliśmy to za swego rodzaju znak od Zony. Wystarczyło, że wiadro wpadłoby do tafli wody kilka centymetrów dalej i mysz nie załapałaby się na podwózkę windą do góry. Z kolei my, niczego nie świadomi gasilibyśmy pragnienie rozpuszczonymi produktami rozkładu gryzonia. Troszkę podirytowani poszliśmy szukać dalej.

Błądząc w czarnobylskiej dżungli pogodziliśmy się już z myślą, że w razie fiaska naszych poszukiwań będziemy musieli wracać kilka godzin do łubiańskich studni. Spojrzałem na mapę, dla ustalenia kierunku marszu. Troszkę zboczyliśmy z kursu, tym samym zbliżając się do leśnego bajorka.
- Widzisz tą niebieską plamę na mapie? Tutaj między drzewami - powiedziałem do Karola.  - Zerknijmy co to za bajorko.

Skręciliśmy w zarośla. Naszym oczom ukazał się typowy leśny wodopój, taki jaki widnieje na scenkach wyszytych na popularnych na wschodzie naściennych dywanach. Taki do którego przyłażą różnej maści jelenie i wilki, żeby zgasić pragnienie. Potraktowaliśmy to, więc jako kolejny już, po myszy znak od Strefy i odganiając się od komarów zabraliśmy się do roboty. Wykorzystując stalkerskie patenty nabraliśmy kilka litrów brunatnego, pachnącego lasem płynu i szczęśliwi wróciliśmy do naszej chatki.


Jak się nie ma co się lubi (a z reguły w Zonie się nie ma) to się piję taką wodę :)

Żal mi było zapychać filtr taką mętną, mulastą wodą, więc pierwszym etapem oczyszczania jej z osadów była...skarpetka. Czysta, nieużywana skarpetka Karola zatrzymała wszelkie liście, muchy i piasek. Później przyszła pora na Aquaphor. Filtr nie zmienił koloru cieczy, ale zmniejszył prawdopodobieństwo biegunki. A jak wiadomo „jak się nie posrasz w ciągu kilka godzin od wypicia, to znaczy, że woda jest dobra”. Nic takiego się na szczęście nie wydarzyło, ale cała przygoda związana z szukaniem wody dała nam dużo do myślenia.

W Zonie, szczególnie w ekstremalnych warunkach, jakimi niewątpliwie są takie upały człowiek zaczyna doceniać przyziemne, codzienne rzeczy, jak dostęp do wody pitnej. Mógłbym tu rozpisywać się o tym jak na co dzień marnujemy w miastach hektolitry wody, a dzieci w Afr... ale wspomnę jedynie, że do tego czasu nigdy wcześniej nie bałem się odwodnienia, czy nawet śmierci z pragnienia. Tutaj powoli taki strach zaczynał się wkradać, a znalezienie źródła i w końcu napicie się czegoś choć ciepłego to mokrego pozostawiało na twarzy uśmiech od ucha do ucha.

Państwowa Leśna Ochrona - głosi napis na przyczepce od motoru


Zapomniany, betonowy słup w środku lasu.
Lubię trafiać w Zonie na takie kontrasty.



Na tym wyjeździe dłuższy odpoczynek planowaliśmy zrobić raczej pod koniec, kilka dni przed wyjściem ze Strefy. Dlatego zaraz po przefiltrowaniu wody i zjedzeniu zupki chińskiej spakowaliśmy nasze rzeczy i spóźnieni już względem naszego planu o kilka godzin ruszyliśmy dalej. No cóż - to nie wycieczka z biurem podróży.

Mijając zardzewiałą przyczepkę od motoru należącego niegdyś do leśników weszliśmy w las. Tutaj, wdrapując się na powalone konary, za chwilę z nich zeskakiwaliśmy. Nieudolnie idąc na azymut poszukiwaliśmy mającej wyznaczyć nam dalszą drogę linii wysokiego napięcia. Klnąc pod nosem i odpędzając się od ucztujących na naszym ciele komarów w końcu w oddali, między drzewami zamajaczył nam betonowy słup. Choć droga w tym momencie stała się łatwiejsza, to prowadząc przez wyschnięte bagno sprawiała, że dosłownie co kilka minut musieliśmy na nowo spryskiwać się sprejem na insekty.

Wyszliśmy na łąkę. Lejący się z nieba żar dawał w kość, szczególnie naszym nogom. Buty ponad kostkę okazały się niewypałem i już na tym, początkowym etapie wyprawy zaczęliśmy walczyć z pęcherzami na stopach. Dodatkowo, raptem po kilku postojach w przyjemnym cieniu woda, która miała być pozostawiona na czarną godzinę została wypita. Mieliśmy kilka butelek zapasu, jednak te zużywaliśmy o wiele szybciej niż tego byśmy chcieli. Niestety, do najbliższego, znanego mi źródła dzieliło nas wciąż ponad 10 kilometrów.

Rzeczona łąka


Kontynuując marsz po polach przed naszymi oczami pojawił się dmuchany balonik w kształcie bohatera jakiejś dziecięcej kreskówki. Jeszcze częściowo napełniony helem. Nie chciałem psuć tempa na zatrzymywanie się i fotografowanie znaleziska, ale wyglądał on mniej więcej tak: 




Niesamowity jest już sam fakt, że idąc przez Strefę trafiasz na balonik, który pewnie wypuściło kilka dni temu jakieś dziecko w oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów stąd miejscowości. Mnie natomiast fascynuje to z innego powodu. Pierwszy raz szedłem tą łąką dwa lata temu, w 2017 roku. Podczas mojego miesięcznego pobytu w Zonie, idąc tędy z napotkanym w Łubiance stalkerskim małżeństwem trafiliśmy na to:


napis dookoła niedźwiadka to rosyjska wyliczanka "miszka kosołapyj"

Są więc dwie opcje – albo to miejsce jest magnesem na balony, albo to kolejny, ciekawy żart z ich strony (kukła ze wcześniejszego odcinka okazała się ich robotą).

Kontynuując nasz marsz, walcząc z komarami i ogólnym wycieńczeniem w końcu wyszliśmy z lasu. Idąc przez dość mocno skażoną wioskę miałem nadzieję, ze w znajdujących się tu stajniach zastaniemy konie Przewalskiego. Niestety rzeczone stajnie okazały się puste, więc musiałem zadowolić się mierzeniem całkiem "ciepłej" kępki mchu.
Zajęty obserwowaniem wzrastającej na wyświetlaczu wartości nie zwróciłem nawet uwagi na machającego do mnie kolegę, który zafascynowany nagrywał właśnie... przebiegające sto metrów za moimi plecami wspomniane konie. Na szczęście zdążył to nagrać:


Po krótkim odpoczynku mając świadomość, że czas nie jest z gumy ruszyliśmy dalej. Widząc, że wszystkie rzeki w Strefie mają dość niski poziom wody obawiałem się czy ta, z której mamy nabrać wodę będzie w ogóle nadawała się do picia. Jak na złość - po dojściu do mostu zobaczyliśmy pod nim jedynie pokrytą zielonym nalotem strużkę.
Choć wiedziałem, że za kilka kilometrów dojdziemy do wioski, w której znajduje się jakaś studnia, to jednak rosnące pragnienie i świadomość, że na jego ugaszenie jeszcze chwilę poczekamy wprawiało nas we frustrację.


Skręt do studni!

"Jak zobaczycie metalowe koło, to musicie wejść w krzaki i przejść kilkadziesiąt metrów, mijając kilka chat" - tak opisana była przez znajomego stalkera (tego samego od studni z myszą) lokalizacja studni. Trochę się naszukaliśmy, jednak w końcu doszliśmy do rzeczonej chatki, obok której znajdowała się, w zaskakująco dobrym stanie, przykryta daszkiem - studnia.

Posiadając już pewne doświadczenie - do plastikowej butelki doczepiliśmy ciężarek i za pomocą sznurka zrzuciliśmy taki zestaw w otchłań. Po wybraniu linki naszym oczom ukazał się idealnie przezroczysty, chłodny płyn, czyli to o czym przez ostatnie kilkanaście kilometrów marzyliśmy.

---
Krótka ciekawostka: przy nabieraniu wody wypadły mi z kieszeni przyciemniane okulary, czego nie zauważyłem i o ich braku dowiedziałem się dopiero następnego dnia. Dwa miesiące później, na kolejnym "nielegalu", posiadając już dokładnie taką samą, nową parę, ktoś pierwszego dnia mi na nich usiadł całkowicie je niszcząc. Kilka wieczorów później, pokazując znajomym Ukraińcom naszą polską studnię jeden z nich powiedział do mnie, podnosząc coś z ziemi - patrz, takie same "oczki", jak te na których ci usiadłem. Tak - to były moje okulary.
Strefowe zbiegi okoliczności i przypadki nie przestaną mnie nigdy zaskakiwać.
---

Nabraliśmy wody do wszystkich butelek jakie posiadaliśmy i filtrując ją w dość dobrze zachowanej chacie ruszyliśmy do ostatniego dzielącego nas od Prypeci miejsca noclegu. Wiedzieliśmy, że im szybciej dojdziemy do Starych Szepeliczy tym dłużej będziemy mogli pospać przed finalnymi kilometrami wiodącymi nas już prosto do miasta. Wielogodzinne opóźnienie względem planu sprawiło, że gdy wycieńczeni kładąc się na łóżkach ustawialiśmy budzik, ten ku naszemu rozgoryczeniu poinformował nas, że zadzwoni za dwie godziny i trzydzieści minut....


piątek, 5 lipca 2019

Jak upały to do Zony, do Zony... Część druga




Powoli zaczynało świtać. Doszliśmy do betonowego budynku, w którym dawniej znajdowały się pompy mające zasilać stworzony po awarii system melioracyjny okolicznych pól. Na szybko przekąsiliśmy coś suchego, zmieniłem skarpetki i wykręciłem wkładki do butów. Słońce przywitało nas na asfalcie do Łubianki. Byliśmy zbyt zmęczeni akcją z pontonem, żeby zbytnio przejmować się ostrożnością, jednak raz po raz zerkaliśmy do tyłu, żeby nie zaskoczył nas żaden nadjeżdżający zza pleców samochód.


Asfaltowa droga na szczęście się nie dłużyła i po minięciu kilku majestatycznie przecinających spalone lasy linii wysokiego napięcia, zwanych przez ukraińców LEP-ami (od ЛЭП - Линия электропередачи [linia elektroperedaczi], czyli na nasze: linia przesyłu energii) dotarliśmy do znajomego rozwidlenia dróg we wsi Łubianka.


Idealnie proste, ciągnące się przez dziesiątki kilometrów linie wiecznie będą robić na mnie wrażenie.
Mógłbym pod nimi siedzieć godzinami i w akompaniamencie bzyczenia prądu patrzeć w dal.




Najpiękniejsze wschody słońca widziałem w Łubiance (kliknij, żeby powiększyć)

Łubiańskie pola tradycyjnie o tej porze spowite były gęstą mgłą, a próbujące się przez nią przebić promienie słońca raczyły nas niepowtarzalnymi widokami. Przy skręcie na szutrową drogę do samej wsi zauważyliśmy w trawie biały obiekt. Okazał się być czaszką krowy. Skąd wzięło się domowe bydło w Zonie? Po okolicznych wsiach od pewnego już czasu biega sobie samopas niemałe stadko zdziczałych krów. Prawdopodobnie są to potomki i potomczynie krów, którymi zajmowała się baba Olga, jednak kiedy brakło jej sił na dalszą pieczę nad nimi, zaczęły dbać o siebie same. Nieprzygotowane do życia bez człowieka powoli zdychają, jednak niektóre z nich radzą sobie nadzwyczaj dobrze i nierzadko dochodzi do sytuacji, że z opuszczonej chaty wprost na ciebie wybiega rozjuszony byk. Równie często jednak można znaleźć takie trofea, lub nawet całe zdechłe, powoli rozkładające się truchła.

Trofeum założyłem na plecy z planem przystrojenia chaty w cenną ozdobę, na róg zawieszając reklamówkę z butelkami po wodzie. Szurając ze zmęczenia nogami ruszyliśmy w głąb wsi.





Wycieńczeni i śpiący, w końcu dotarliśmy do chaty, by kilka minut później paść na wygodne materace i zasnąć. Dziesięć godzin później po zjedzeniu czegoś, co można nazwać obiadem wypoczęci i najedzeni wyruszyliśmy na krótkie zwiedzanie. Krótkie, bo tego dnia mieliśmy jeszcze w planach przeprowadzkę do innej wioski. Dochodząc do centrum wsi, za jaki uważam klub, sklep i pomnik partyzanta usłyszeliśmy głosy, a w krzakach przed nami zamajaczył biały bus.

Składu busa nie ujawnię :)
Trochę podchodów, sondowania sytuacji i nasze przypuszczenia okazały się prawdziwe. Wyszliśmy z zarośli, żeby przywitać się ze znajomymi z legalnej wyprawy. Nie obyło się oczywiście bez wypicia kilku „czarek” samogonu i zrelacjonowania nocnych przygód. Niestety rozpalone przez nich ognisko już dogorywało, więc na kiełbaski się nie załapaliśmy. Czarnobylscy przyjaciele dali nam jednak siatę z chlebem, kiełbasą, kilka butelek wody mineralnej (jak się później okazało zbawiennych) i po kilkunastu minutach miłej pogawędki odjechali.

Popilnowaliśmy jeszcze kilka minut ogniska, żeby nie dopuścić do kolejnego pożaru w tej niepozbawionej pechowej historii wsi i ruszyliśmy na WiFi tamę w poszukiwaniu zasięgu i ładnych widoków. Ta okazała się odmalowana za pomocą białej farby w najbardziej możliwy chamski sposób, ale kto by się przejmował starannością w zapomnianej przez Boga wiosce w Czarnobylskiej Zonie. 


Szukanie zasięgu, jak za starych, dobrych czasów
Niski stan płynącej tędy rzeki Illji nastrajał nas optymistycznie przed zaplanowanym na za kilka dni plażowaniem w Prypeci. Odganiając półtoracentymetrowe mrówki i raz po raz wdrapując się na wysokie korby tamy w końcu złapałem zasięg i poinformowałem kilku znajomych o pomyślnym wejściu do Zony. Czas było wracać do domu.

Po spakowaniu, wyniesieniu śmieci, zamieceniu podłogi i powieszeniu czerepu krowy na ścianie (zdjęcie ilustrujące ten wpis) w końcu ruszyliśmy do kolejnej wioski, w której planowo mieliśmy nocować. Do chatki dotarliśmy przed zachodem słońca. Otworzyłem drzwi i na ułamek sekundy zamarłem. Przywitał mnie, bowiem taki oto widok:




Powoli podszedłem do jegomościa i ścisnąłem jego łydkę, żeby przekonać się, że nasz podróżny jest tylko wypełnioną sianem kukłą. Ot, stalkerskie poczucie humoru.

Wody starczyło nam jedynie na przyrządzenie obiadokolacji i przygotowanie butelki słodkiej jak ulep herbaty. W plecaku wciąż miałem podarowane przez znajomego z białego busa trzy białostockie kiełbaski. Rozpaliliśmy więc w palenisku przed domem ognisko i jak przystało na prawdziwe, polskie wakacje – na wystruganych kijach przyrządziliśmy mięsiwo.



Najedzony położyłem się na ławie w kuchni. Typowej podłużnej ławie jakie w starych chatach można znaleźć przy stole na którym cała rodzina je w niedzielę obiad. Długo jednak nie mogłem zmrużyć oka. Gdy już prawie zasnąłem między stopy wskoczyło mi jakieś futro. Zapaliłem trzymaną na wszelki wypadek w śpiworze latarkę, żeby zauważyć tylko uciekający po piecu i wskakujący na poddasze przez dziurę w suficie puchaty ogon wiewiórki. W końcu zasnąłem. Co chwila budziły mnie jednak dźwięki podchodzących do chaty zwierząt, uruchamiających "alarm" w postaci zawieszonego na sznurku krowiego dzwonka lub ścierpnięta, pozbawiona  czucia od leżenia na niej  ręka. Nie potrafię się wyspać w Zonie...

Następny dzień spędziliśmy pod znakiem poszukiwań nadającej się do picia wody. Ale o tym w kolejnej części. Poniżej kilka zdjęć z opisanego wyżej dnia:

(kliknij w zdjęcie, żeby powiększyć)

1. Prowizoryczna naprawa zawalonego zimą krzyża:



2.  WiFi tama i szukanie zasięgu:



Ukraińska sztuka malowania mostów.


3. Łubiańskie klimaty







Autorzy zdjęć: PolishStalker i Karol Karol

środa, 3 lipca 2019

Jak upały to do Zony, do Zony... Część pierwsza. Krótki prolog.



- Właśnie mi ziomek napisał, że go złapali na moście w Martynowiczach i to nocą!
- To co teraz robimy?
- Trzeba będzie przejść rzeką, tylko wiesz... deszcze i powodzie były ostatnio, więc nie wiadomo jaki zastaniemy stan rzeki, a ostatnio ktoś się prawie tam utopił, więc średnio to odpowiedzialne. Weźmy kupmy jakiś najtańszy ponton na allegro i wpłyńmy nim do Zony „like a boss”.

Bo w samolocie też jest
podwyższone promieniowanie
1. Dzień przylotu do Kijowa

Pierwszy raz leciałem samolotem na Ukrainę i tym samym był to mój pierwszy lot od 5 lat. Tradycyjnie stresowałem się wszystkim - czy mój bagaż będzie miał odpowiednią wagę i czy na pewno doleci w to samo miejsce co ja. Ostatecznie mimo skrupulatnej kontroli i wybebeszenia plecaków na wszystkie możliwe strony znaleźliśmy się z Karolem w Kijowie. Szybkie zakupy, zahaczenie o sklep z militariami, jakiś McDonald i kilka godzin później siedzieliśmy już w marszrutce do wsi Orane. Tam wypijając kilka piw i kieliszków ukraińskiego bimbru w końcu doczekaliśmy zachodu słońca, by w spokoju wyruszyć w stronę granicy Strefy.

2. Czerwcowy wieczór

Sasza wykorzystywał każdy procent możliwości swojej Daewoo Nexii, więc jadąc po piaszczystej, polnej drodze na fotelu pasażera i podając co chwilę informacje o kolejnych ostrych zakrętach czułem się jak pilot w rajdach WRC. Widać było, że jazda po nieznanych mu wcześniej bezdrożach sprawiała Aleksandrowi ogromną frajdę. My z kolei dzięki przyjętej przed wyruszeniem dawce alkoholu nie stresowaliśmy się nawet faktem, że z naprzeciwka ku nam zbliżają się właśnie światła innego samochodu. Wyobraźnia robiła swoje, jednak nie byli to żadni pogranicznicy, a jedynie rybacy wracający z nielegalnego w tych rejonach połowu swoją starą Żiguli.


Droga stawała się coraz bardziej zarośnięta, więc przy najbliższej możliwej nawrotce poprosiłem Saszę o zatrzymanie samochodu.
Wyjęliśmy plecaki i reklamówkę z pontonem, wypaliliśmy po papierosie i odpędzając się od krwiożerczych komarów żegnając się, ruszyliśmy w dalszą „ put' ”.

Mimo, że zbliżała się już północ, wciąż było dość jasno. Zza horyzontu leniwie wychylał się pomarańczowy księżyc, by z każdą minutą coraz silniej oświetlać nam drogę.
Po przebyciu kilkuset metrów zeszliśmy z wału i doszliśmy do rzeki Uż. Znaleźliśmy dobrze zapowiadający się, słabo zarośnięty brzeg i zaczęliśmy pompować nasz ponton. Zwykła pompka plus trochę taśmy izolacyjnej i po kilkunastu minutach łódka była gotowa. Choć ponton okazał się być całkiem konkretną łajbą jak na produkt kupiony za 70 złotych i tak targały nami pewne obawy, szczególnie, że rzeka okazała się nie być tak płytka jak z początku oczekiwaliśmy.

Założenie było proste – zawiązać z dwóch stron łódki kilkunastometrowe sznurki, przepłynąć nim na drugą stronę rzeki, będąc wciąż asekurowanym przez kolegę z brzegu, a następnie po wyjściu z łódki przyciągnąć do siebie najpierw plecaki, a później kolegę.

Wszedłem do łódki i odpychając się prowizorycznym, zrobionym z kijka i gumowego wodera wiosłem niespodziewanie szybko dobiłem do drugiego brzegu. Nie mogąc się jednak niczego złapać, spróbowałem wygramolić się na ląd. Nie mogło się to skończyć inaczej jak wpadnięciem po biodra do wody. Wgramoliłem się z powrotem na łódkę, a kolega przyciągnął mnie awaryjnie do brzegu. Tak, za pierwszym razem wszedłem do łódki w spodniach i butach, więc cały incydent skończył się przemoczeniem odzieży i obuwia od pasa w dół. Nauczony szybkim doświadczeniem, tym razem ubrałem wodoodporne spodnie, buty na wszelki wypadek zostawiając na brzegu. Udało się – znalazłem się po drugiej stronie. Porozumiewając się za pomocą czołówek kiwaniem głową na „tak” i „ nie” najpierw przetransportowaliśmy plecaki, a później mojego kompana. Zajęło nam to godzinę, ale niewątpliwie cieszyliśmy się z naszego małego sukcesu. Po chwili jednak ochłonęliśmy zdając sobie sprawę, że to dopiero połowa naszych zmagań. Za kilkaset metrów czekała nas kolejna przeprawa, tym razem już nie przez rzekę, a zarośnięte szuwarami bajoro. Proces ten sam – ponton, sznurki i wśród akompaniamentu żab przedostaliśmy się na drugi brzeg w ostatnim możliwym momencie przebijając ponton suchą gałęzią.






Przedzierając się przez niemiłosiernie gęste krzaki, w końcu dotarliśmy do bagna. Tylko ono oddzielało nas już od Strefy. Ponton nie był już dostępny, ale mapa Google mówiła nam, że obok nas znajduje się kilkumetrowej szerokości wzniesienie mające nas przeprowadzić suchą stopą przez mokradła. I faktycznie – internetowy wujek nie kłamał. Czując się jak przewodnik z pierwszej lokalizacji w „Stalkerze Czyste Niebo” przeszliśmy przez trzęsawisko, a naszym oczom ukazał się kilkumetrowy nasyp. Wgramoliliśmy się na niego, by tym samym w końcu, po trzech godzinach męczenia się z pontonami i mokradłami móc powiedzieć – jesteśmy w Zonie.


środa, 24 kwietnia 2019

Stalker Schrödingera



Termachiwka, Krasjatycze, Dubowa... most coraz bliżej. Stresu tym razem nie ma, bo jedziemy w charakterze osób towarzyszących. W skrócie - odwozimy kolegę do samej granicy Zony.
Ostatni zakręt, ostatnia prosta, pojawiają się betonowe zapory. Kierowca gasi silnik i obiecuje poczekać, a nasza czwórka idzie na najkrótszy w życiu nielegal.


Na miejsce, w którym mamy się pożegnać wybraliśmy opuszczony przystanek autobusowy we wsi Martynowicze. Księżyc jest w nowiu, ledwie widzimy swoje twarze, ale w końcu po naszej lewej stronie zaczyna majaczyć zadaszona budowla. W ruch idzie rum, a ponieważ wśród nas mamy też jubilatkę (którą mieliście okazję poznać we wcześniejszych historiach), każdy musi wypić przynajmniej po kolejce. Odśpiewaliśmy szeptem okolicznościowe sto lat i już mieliśmy ruszać z powrotem, kiedy to narastające we mnie pragnienie i pewnego rodzaju tęsknota zwyciężyła i przemówiła tymi słowy:

"Pierdolę, idę z Bartkiem".

- No chyba sobie żartujesz?! Przecież ustaliliśmy, że ostatecznie nigdzie dalej nie idziemy!- odezwały się głosy moich współodprowadzaczy.

Wiedziałem, że innej opcji nie ma, że muszę to zrobić, że mnie to czarnobylskie uzależnienie za chwilę rozerwie. Wiedziałem również, że na nadchodzący, ostatni dzień legalnej wycieczki, na której właśnie byłem zaplanowane jest zwiedzanie wsi, w której miałem spędzić następną noc.

Ponieważ przed wyjazdem ustaliliśmy, że na żaden nielegal nie idziemy, nikt z nas nie był przygotowany na paręnastokilometrową podróż. Dlatego kilka osób było zawiedzionych moim pomysłem i dając mi mocno do zrozumienia, że też chciałyby pójść, próbowało odwieźć mnie od tego szalonego pomysłu. Wypiliśmy jeszcze jeden kieliszek, a Bartek, którego to właśnie odprowadzaliśmy wzniósł toast "za wolną wolę!", co już całkowicie umocniło mnie w przekonaniu, że nie zawrócę.

Pożegnaliśmy się w nie najlepszej atmosferze (która na szczęście następnego dnia szybko uległa poprawie) i targany myślami, czy na pewno postąpiłem właściwie i czy przypadkiem właśnie nie zniszczyłem znajomej jej dnia urodzin ruszyłem z Bartkiem wgłąb Zony.

Nigdy nie wiedziałem, że przyjdzie mi iść przez Strefę ubrany jedynie w kurtkę i spodnie NovArki, konsorcjum budującego nowy sarkofag nad zniszczonym reaktorem Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej. W kieszeni miałem tylko półlitrową butelkę Coca-Coli i licznik Geigera. Na szyi natomiast - paszport, dozymetr i elektroniczny bilet wstępu do Strefy (jak wspominałem - byłem właśnie przed ostatnim dniem czterodniowej legalnej wycieczki do Strefy).
To czego się obawiałem, czyli chłód, szybko minęło. Zmęczenia nie czułem, co więcej - nawet nie wypadało go czuć, kiedy obok miało się stalkera z 17-kilogramowym plecakiem, a ty - wesoło bez żadnego ciężaru przemierzałeś kolejne kilometry Zony.

Po kolejnych kwadransach rozmów i dyskusji na wszystkie możliwe tematy i wypaleniu kolejnych papierosów podczas postojów weszliśmy do wsi Dąbrowa, by ominąć KPP. Zaśmiałem się - za kilkanaście godzin miałem przejeżdżać tędy legalnie, żeby pierwszy raz zobaczyć jak wygląda ów posterunek od środka.

Niewyspanie i księżyc w nowiu, czyli jego brak sprawiły, że raz za razem wbijaliśmy sobie w oczy gałęzie lub stawaliśmy na czymś co wydało dźwięk słyszany w promieniu kilkuset metrów. Dotarło do mnie, że opcja pójścia z Bartkiem ma jeszcze jeden plus - zanim przyjedzie moja legalna wycieczka - zdążę się porządnie wyspać.

Po ominięciu KPP został nam tylko jeden newralgiczny punkt - PUSO Dąbrowa (Punkt dekontaminacji pojazdów), gdzie z reguły z szosy widoczne są zapalone reflektory, ale na tym cała "straszność" tego miejsca się kończy. Tym razem przywitało nas ujadanie psów, więc wyposażeni w kije-odstraszacze, przygotowani na konfrontacje z bestiami... ominęliśmy PUSO i zostawiliśmy ujadanie za sobą.

Powoli zaczynało świtać. Piaszczysta ścieżynka doprowadziła nas do tamy, gdzie pozwoliliśmy sobie na krótki postój i uraczenie się piwem. Mój kompan rozpalił ognisko (jest w tym mistrzem), a ja na kilka chwil przysnąłem. Mimo, że do wschodu słońca zostało niewiele, znużenie jednak zwyciężyło. Kosztem zobaczenia najpiękniejszego widoku w Zonie zdecydowaliśmy ruszyć w dalszą drogę, by zyskać te kilkanaście minut snu więcej, zanim obudzi nas legalna wycieczka.

Cała wieś była usłana śladami bytujących tu krów, i nie mam na myśli śladów racic. W końcu, omijając slalomem owe ślady trafiliśmy do pokrytej zieloną farbą chaty. W środku, wbrew naszym złym przeczuciom okazało się być stosunkowo ciepło, więc porzuciliśmy pomysł rozpalania w piecu. Złączyliśmy dwa materace w jedno łóżko, przykryliśmy je brezentem i opatulając się szerokim śpiworem jak kołdrą, zasnęliśmy.

"Oj Stalker, Stalker, czy nie zastanowiłeś się choć na chwilę jakie to mogło mieć dla mnie konsekwencje" - obudził mnie rano znajomy głos, z którego to właścicielem miałem za kilka godzin przekraczać legalnie KPP. Przeprosiłem najładniej jak potrafiłem, przewodnik okazał się wyrozumiały i podając mi do ręki kieliszek samogonu wzniósł toast za solenizantkę.

Na zdjęciu solenizantka i śpioch-stalker