niedziela, 19 lutego 2017

Wyprawa pierwsza (sierpień 2015) - Część VI

Część VI

22 sierpnia 2015, około południa, Prypeć

W tekście znajduje się dość sporo wulgaryzmów, więc jeśli ktoś ma wrażliwe oko/ucho niech nie czyta, choć będzie żałował :)

   Milicjant wciąż celując we mnie bronią wskazał palcem na moją czapkę. Nie wiedząc o co mu chodzi, dotknąłem ręką głowy przypominając sobie, że ciągle mam na niej włączoną kamerkę sportową. Zdjąłem więc ją i wytłumaczyłem, czym jest to ustrojstwo. Funkcjonariusz wziął urządzenie do ręki i schował do kieszeni. W tym momencie pojawiło się dwóch kolejnych mundurowych, którzy zaczęli wypytywać mnie co tutaj robię. 

- Ja turist
- To gdzie twoja grupa?

 Jako, że znajdowałem się na północnym krańcu Prypeci, objąłem ręką całe miasto i odpowiedziałem:

- Gdzieś tam
- No ale gdzie?
- No w Prypeci
- To czemu się odłączyłeś?
- Chciałem samotnie poeksplorować teren
- Dobra to pokaż paszport

Milicjant wziął go do ręki i od razu stwierdził: 

- Nie kłam, nie ma dzisiaj żadnej polskiej grupy. Poza tym, po co ci te butelki z wodą?
- Dobra macie mnie, jestem stalkerem…
- To po chuja kłamałeś, mów gdzie są twoi koledzy!
- Jacy koledzy??? Sam tu przyjechałem.
- Jasne, jasne, już to widzę – sam nocą przez las

Słysząc te słowa i widząc, że nawet milicjanci mi nie wierzą, dotarło do mnie, że samotne dojechanie do Prypeci jednak było dość dużym i nietypowym osiągnięciem.

- No serio sam tutaj jestem...

---

   Krótkie wyjaśnienie. Milicjantów było trzech. Od razu nadałem im w głowie imiona
SciFun – wyglądał wypisz wymaluj jak sympatyczny Jutuber, to on we mnie celował pistoletem – najbardziej przyjazny z nich wszystkich. Miał około 30 lat
Janusz – wyglądał po prostu jak typowy Janusz z dużym brzuchem, dość opryskliwy. Ok. 50 lat
Byczek – niski karczek, bez szyi, szukający komu tylko wpierdolić. Ok 30 lat

---

 Zapytali mnie co jeszcze mam przy sobie, dałem im więc paszport i telefon. Byczek złapał mnie nagle za szyje i krzyknął:

- Gdzie twoi koledzy, bo ci przypierdole!
Odpowiedziałem:
- Możesz mnie bić, ale nic to nie da, bo jak już mówiłem – jestem tu sam.

 Widząc, że nic więcej ode mnie na razie nie wyduszą zapytali jak tutaj przyjechałem. Zgodnie z prawdą powiedziałem, że na rowerze

- To gdzie on jest? 
- W moim mieszkaniu, tam mam wszystkie rzeczy
- Które to mieszkanie?
- Przy Alei Budownicznych 6
- A ty myślisz, kurwa, że my wiemy jakie tu są adresy!?
- No dobra zaprowadzę was, tylko oddajcie mi telefon, to z GPS-em trafię. 
- Haha, trafiłeś do Prypeci taki kawał, to poradzisz sobie bez telefonu. 


 Uśmiechając się, wyjąłem z kieszeni kompas i zacząłem szukać mojego bloku, jednak nie szło mi to najlepiej. Podirytowani koniecznością przeciskania się przez gęste zarośla milicjanci uznali, że oddanie mi na chwilę smartfona będzie dobrym pomysłem. Będąc już niedaleko mojej kryjówki funkcjonariusze podekscytowani usłyszanym hałasem dobiegającym z jednego z charakterystycznych, podłużnych bloków przy Al. Budowiczych, wyjęli z kabur pistolety, wbiegli do środka, a mnie kazali czekać na zewnątrz. Wykorzystałem sytuację, wyciągnąłem szybko komórkę i napisałem do kolegi:
Pisane na szybko, więc z błędem

 Gdy chowałem telefon do kieszeni spod ziemi wyrósł SciFun


- Co ty wyprawiasz?!
- Nic, sprawdzałem lokalizację,
- Pokaż to!

 Oddałem mu komórkę klikając jeszcze kilkukrotnie przycisk „wstecz”, by wrócić do głównego ekranu. Zakładałem, że milicjant nie będzie na tyle ogarnięty, żeby znaleźć listę ostatnio używanych aplikacji. Ku mojemu zdziwieniu mundurowy przytrzymał symbol domku i uruchomił wyświetlonego tam Messengera. 

- Mów do kogo pisałeś!
- Do kolegi
- Przecież mówiłeś, kurwa, że jesteś tu samemu!!!
- Do kolegi z Polski
- Kurwa jasne… Co to znaczy „milicha zlapala”?
- No, że wszystko jest OK.
- Weź mi tu nie pierdol i mów gdzie twoi druzja.

 Zrobiło się groźnie, myślałem, że tym razem faktycznie mi „przypierdolą”. Słysząc jednak kolejny raz „nu ja seriozna sam” przeklinając pod nosem kazali mi kontynuować marsz. 
W końcu znaleźliśmy się pod blokiem. Milicjanci kazali mi iść pierwszemu i wyciągając odruchowo pistolety podążyli za mną. Po drodze pokazałem im rower mówiąc: „widzicie, tylko jeden”. 
Znajdując srebrną taśmę oznaczającej właściwe piętro, trafiłem do mojego mieszkania. 
Janusz odezwał się w te słowa: 

- No to co ty mnie tu pierdolisz, że jesteś sam. Przecież widzę wyraźnie, że z jednej strony pokoju leży pierwsze posłanie (karimata), a z drugiej kolejne – powiedział, wskazując na rozłożoną „folię życia” (koc ratowniczy). 

Jakimś cudem, z moją dość kiepską wtedy znajomością języka udało mi się wytłumaczyć, że folie rozłożyłem tylko po to, żeby nie ubrudzić sobie zawartości plecaka od zakurzonej betonowej podłogi.

Kazali mi się spakować. Poprosiłem o chwilę cierpliwości, wyjąłem z bocznej kieszeni tabletkę uzdatniającą i wrzuciłem do bidonu. Popatrzyli na mnie jak na idiotę, a Byczek powiedział:

- No nie pierdol, że będziesz to pił. 
- No to popatrz

 i wziąłem kilka głębokich łyków uśmiechając się złośliwie.


--

Dygresja

Może z perspektywy czasu można oceniać, że za bardzo byłem uległy w stosunku do nich. Muszę się jednak usprawiedliwić – pierwszy raz w życiu miałem do czynienia z taką sytuacją, wiedziałem więc, że lepiej nastawić się do nich przyjaźnie, żartować z nimi, tak, żeby zauważyli we mnie przyjaciela, a nie wroga. Duże nadzieje pokładałem w moim dość młodym jak na swój (choć również młody) wiek wyglądzie i chyba podziałało.

--

   Wyszliśmy razem z rowerem na pokryty rozbitym szkłem plac przed blokiem. Żołnierze monolitu – jak czasem żartobliwie nazywani są funkcjonariusze milicji i wojska w Zonie (fani gier komputerowych zrozumieją) ustalili między sobą, że Janusz zostaje ze mną, a oni idą zameldować o sytuacji na KPP Prypeć, po drugiej stronie miasta. Zostaliśmy sami i nastała niezręczna cisza. Przerwałem ją stwierdzając, że jeśli mamy czekać, to może zmienię w tym czasie pękniętą dętkę. Milicjant przystał na tę propozycję i zaczął bacznie przyglądać się moim postępom. Starałem się pokazać swój profesjonalizm w tej dziedzinie, jednak nie mając do czynienia z tą operacją od dobrych dwóch lat poległem przy nakładaniu nowej dętki na koło. Janusz patrząc jak się kompromituje przesunął mnie lekko w bok i powiedział 

– Weź daj mnie to, kto cię kurwa uczył zmieniać opony w rowerze…

Sytuacja stała się strasznie odrealniona. Właśnie patrzę na milicjanta, który pompuje mi oponę w rowerze, podczas gdy ja znajduje się tutaj nielegalnie.
Pomagając sobie nawzajem, po kilkunastu minutach rower był gotowy do jazdy. 

Mogłeś uciec – powiedzą jedni. Czemu im nie spierdoliłeś – dodadzą drudzy. No nie było to takie proste – mój paszport był wciąż w rękach milicji. Gdybym nawet jakimś cudem uciekł ze Strefy, granicy ukraińsko-polskiej bym nie przekroczył.

Niedługo później pojawili się SciFun i Byczek. Byczek widząc, że rower ma już działające koło szybko wsiadł na niego i zaczął jeździć dokoła placyku przed klatką schodową, ku uciesze SciFuna.
- Zsiadaj kurwa! – powiedział Janusz – nie po to pierdoliłem się z tym pół godziny, żebyś teraz przebił mi oponę na tym szkle. Młodszy stażem milicjant od razu posłuchał starszego kolegę i odłożył rower na bok. 
Chwilkę się jeszcze naradzili między sobą i zaczęliśmy iść na północ. 
Temperatura powietrza dochodziła do 35 stopni Celsjusza w cieniu, a tego było jak na lekarstwo. SciFun widząc, że co chwila biorę łyki z butelki zawierającej wodę z pobliskiej rzeki powiedział: 
- Weż wypierdol to gówno – i dał mi swoją butelkę wody mineralnej. 
Minęliśmy Fujiyamę, Fujiyamę-bis oraz znak Prypeć i doszliśmy do rowu, a także drewnianej bramy, na którą nie zwróciłem wcześniej uwagi wchodząc do miasta poprzedniej nocy. Milicjanci zaczęli omijać rów idąc przez krzaki, powiedziałem im więc, że drugą stroną będzie szybciej. Zdziwieni poszli za mną i za moment byliśmy już po drugiej stronie. 

Zapytałem ich gdzie idziemy. SciFun z Januszem zaczęli żartować:

- Idziemy cię zastrzelić, o, w tym lesie, widzisz? – powiedział Scifun
- Nie, strzały byłoby słychać, powiesimy cię na drzewie za tą pękniętą dętkę – wtórował mu Janusz, zakładając mi przy tym pękniętą dętkę na szyję. 
- O, do twarzy ci w tym – dodał Byczek. Jako, że lubię taki czarny humor, tylko się śmiałem i dopowiadałem swoje mroczne scenariusze.

Po chwili zapytali mnie, czy nie mam może przy sobie dolarów, to mnie puszczą. Powiedziałem, że nie mam przy sobie, ale mogę im - i tutaj nie wiedząc jak powiedzieć "przelać" po ukraińsku lub rosyjsku użyłem właśnie tego, polskiego słowa
Milicjanci się zaśmiali. - Co? Chcesz do nas strzelać? - zapytał Janusz. Żadne tłumaczenia i szukanie innych słów nie docierały do nich, powtarzając ciągle między sobą, że będę do nich strzelać.

Z nieba lał się żar, a milicjanci wiedzeni dźwiękami docierającymi z obydwu stron drogi co chwila wbiegali w głębokie zarośla, wyciągając przy tym oczywiście pistolety z kabur. 
Mijając pewną wioskę, prawdopodobnie Nowe Szepielicze Janusz kazał się zatrzymać i pokazał mi na pewien budynek.
- Patrz, to kiedyś była cerkiew, ale w ZSRR źle patrzono na jakiekolwiek przejawy religii, więc przerobioną ją na dom kultury.
Poszliśmy dalej. Po przejściu dobrych czterech kilometrów, przy ogólnej luźnej i wesołej atmosferze, na horyzoncie pojawił się szlaban, a w naszym kierunku zaczęły biec ujadające psy. 
Od razu w głowie pojawiła się historia opowiedziana mi przez jednego z uczestników, jakoby jego kolegę pogryzły milicyjne psy, bo przechodził zbyt blisko posterunku.
- Zagryzą mnie – pomyślałem, jednak wystarczył jeden gest milicjanta i zwierzęta posłusznie znikły nam z oczu.
Znaleźliśmy się na dużym skrzyżowaniu, z każdej strony ograniczonym szlabanami. 
KPP Beniwka – głosił napis na chatce znajdującej się przed kilka metrów od nas. Naprzeciw nam wyszło pięciu milicjantów, w różnym wieku. Zaciekawieni nietypową sytuacją, stanęli w kółku i czekali na rozwój sytuacji. Jeden z nich kazał mi otworzyć plecak i pokazać co mam w środku. Wziąłem więc folię ratunkową, rozłożyłem na ziemi i po kolei zacząłem wyjmować zawartość plecaka.
Każda kolejna rzecz rodziła pytania i komentarze

- O racja żywnościowa, pewnie NATO-wska
- Nie, kupiłem ją w Polsce
- Fajnie, fajnie
- O ile powerbanków! Widzę, że dobrze się przygotowałeś
- Nie wziąłeś wódki? Poważnie?
- Ile masz pieniędzy? Masz dolary? Wystarczy wódka i dolary i puszczamy cię wolno. 

Niestety nie miałem, oszczędzając pieniądze założyłem, że mnie nie złapią.

- Posiadasz jakieś narkotyki przy sobie? 

Do teraz zastanawiam się czy to pytanie było zadane dlatego, że nie można posiadać narkotyków, czy może, któryś z milicjantów był fanem mocniejszych używek.

W końcu uznali, że musimy poczekać na ich dowódcę i zaproponowali obiad. Uznałem, że nie ma to sensu, skoro pół wagi mojego plecaka to właśnie racje żywnościowe. Podziękowałem i usiadłem na zewnątrz opierając się o ścianę posterunku. Gdy tylko wyjąłem jedzenie dookoła mnie pojawiło się kilka wygłodniałych psów. Niewiele myśląc wrzuciłem puszkę z obiadem do podgrzewacza chemicznego i zacząłem jeść, dzieląc się daniem ze zwierzakami. Były dość przyjacielskie, dawały się głaskać, jadły z ręki. Jeden ze starszych milicjantów, w wieku dochodzącym prawdopodobnie do 70 roku życia usiadł obok mnie i zapytał czy czegoś nie chcę. Zgodnie z prawdą powiedziałem, że chce mi się pić. Przyniósł mi po chwili rondel w kwieciste wzory pełen zimnej wody. Nie czekając już nawet na szklankę wypiłem prawie całość na kilka łyków zostawiając resztę spragnionym psom. Dziadek widząc moją rację żywnościową wziął do ręki „Napój herbaciany instant” i zapytał:
- Ej.. a mógłbym takie jedno wziąć. 
Rozczuliło mnie to bardzo. Człowieku – pomyślałem – mógłbyś mnie tu zastrzelić i zakopać i nikt nawet by się nie zorientował, a ty mnie kulturalnie pytasz czy możesz sobie wziąć taką herbatę?
Oczywiście – odpowiedziałem i dałem mu całą garść, plus kilka dodatków w postaci zupek w proszku, czy batonów energetycznych. Bardzo się ucieszył, podziękował i zadał mi pytanie, które mnie totalnie rozłożyło na łopatki. 
- Ej… a grałeś może kiedyś w Stalkera?
Musiałem mocno się postarać, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Żaden z młodych milicjantów, którzy dotychczas mnie prowadzili nie wspomniał chociaż słowem o tej grze, a uczynił to dopiero siedemdziesięcioletni milicjant, po którym ostatnim spodziewałbym się, że może taką grę znać. 
Odpowiedziałem twierdząco. Naszą dalszą rozmowę przerwał dźwięk silnika. Przed nami zaparkował biały Ford Transit, z którego wysiadł dowódca.
Od razu zawołał jednego z młodych milicjantów i kazał mu rozładować vana. Dowódca, bowiem przywiózł im dwie kraty wódki oraz kilka sztang papierosów. Żyć nie umierać z takim przełożonym

Milicjant miał około czterdziestki, ubrany był w odróżnieniu od całej reszty w niebieską, świeżo wyprasowaną koszulę, niebieskie spodnie i – tradycyjnie – wielką, okrągła gabardynową czapkę.
Zapytał mnie – a ty kto? Odpowiedziałem – polskij stalkjer – rozśmieszając wszystkich w koło.
Popatrzył na mój paszport i kazał wpakować rower do Vana. Van, choć z zewnątrz przypominał normalnego Forda Transita, w środku był przystosowany do przewozu większej ilości osób (lub podejrzanych). Fotele bowiem znajdowały się naprzeciwko siebie, tak, że mogło tam siedzieć komfortowo około sześciu osób plus kierowca i pasażer z przodu. Weszliśmy tam w osiem osób oraz dodatkowo mój rower, co skutecznie uniemożliwiło jakiekolwiek ruchy i ruszyliśmy w kierunku elektrowni.

Wybuchowego zakończenia tym razem nie będzie.

Koniec części VI, nie ostatniej.

środa, 15 lutego 2017

Wyprawa pierwsza (sierpień 2015) - Część V


Część V

22 sierpnia, kilka minut po północy, kilometr do opuszczonego miasta.

  Patrząc jeszcze kilka minut w kierunku elektrowni, wsiadłem na rower i skręciłem do Prypeci, słysząc po drodze coś, co przypominało okrzyk „Hej!”. Co to było? Nie mam pojęcia, może się tylko przesłyszałem.

  Przejeżdżając przez tory kolejowe prowadzące na pobliską stację Janów znalazłem się na rozwidleniu. Mogłem pojechać w prawo i wjechać do miasta od południa, mijając w bliskiej odległości KPP - punkt kontrolny (dopiero kilka dni temu dowiedziałem się, że działał on jedynie kilka lat po awarii i stoi opuszczony) lub skręcić w lewo i nadkładając drogi, wjechać do Prypeci od północnego – zachodu, przez wieś Nowe Szepielicze.

  Będąc w ciągłym kontakcie z Centrum Dowodzenia, poprosiłem o szybki raport i ocenę obydwu rozwiązań, by po chwili otrzymać odpowiedź, w postaci profesjonalnych zdjęć lotniczych z naniesionymi w Paincie adnotacjami. 




  Wybrałem drogę przez wioskę uznając, że prawdopodobnie mało kto tam zagląda. 

Czytając pomocne informacje od kolegi, co chwile wtrącał się mój brat raz za razem irytując wiadomościami typu:
Wlaczyles kamere?Nagrales to?
  Zdenerwowany ciągłymi ponagleniami, wyłączyłem dane mobilne, odcinając znajomych od mojej lokalizacji. Idąc w jedynie sobie znanym kierunku, w pewnym momencie zauważyłem leśną ścieżynkę skręcającą w stronę Prypeci. Popatrzyłem na mapę – faktycznie, nawet jest tutaj zaznaczona, jako droga gruntowa. Postanowiłem zaryzykować. Szło się całkiem dobrze, choć bujna roślinność wyrastająca z każdej możliwej strony drogi z metra na metr dawała się coraz bardziej we znaki. Nagle moją uwagę przykuła błyszcząca w blasku księżyca, łypiąca na mój rower para oczu, której właściciel stał zaledwie kilka metrów ode mnie. Będąc zbyt zmęczony, żeby się bać, tupnąłem nogą. Zwierz w jednej chwili zniknął w zaroślach.

  Szlak stawał się coraz bardziej wymagający dla użytkownika roweru, a zmrok skutecznie uniemożliwiał zlokalizowanie innego, lepszego. Skręciłem, więc w pobliskie pola, wiedziony oznaczeniami na mapie Google, które informowały mnie jakoby tędy prowadzić miała polna ścieżka i właśnie wtedy zaczął się mój koszmar. Przez bitą godzinę próbowałem przejść odcinek liczący może pięćdziesiąt metrów w linii prostej. Było to niemożliwe z powodu znajdujących się między mną, a asfaltem prowadzącym do Prypeci ogródków działkowych, które jak to ogródki działkowe pełne były krzewów, drzew owocowych, a przede wszystkim różnej maści złomu. Całość, jak na złość okalała metalowa siatka. Po niemal 30 latach to wszystko sprawiało wrażenie bycia jednym wielkim, ciężkim do przejścia, zbrojonym żywopłotem. Wiedząc, że nie mam innego wyjścia przecisnąłem się w głąb zarośli i błądząc, wielokrotnie mijając te same miejsca, cały podrapany i posiniaczony stanąłem na utwardzonej drodze. Do celu pozostało mi jedynie 500 metrów – pomyślałem. Wsiadłem na rower, jednak niepokojący dźwięk wydobywający się spod koła oznajmił mnie, że właśnie przebiłem przednią oponę. Jako, że Prypeć była już na wyciągnięcie ręki zszedłem z mojego Gianta i prowadząc go za kierownicę doszedłem do głębokiego rowu, mającego najprawdopodobniej za zadanie uniemożliwić wjazd do opuszczonego miasta. Swojego zadania jednak nie spełnił i kilkanaście sekund później byłem już po drugiej stronie. Zapaliłem latarkę i moim oczom ukazał się znak „Prypeć”. Teraz mogę umrzeć – pomyślałem i zrobiłem to zdjęcie, wysyłając je od razu do Centrum Dowodzenia:




 Po chwili otrzymałem gratulacje i dalsze mniej lub bardziej oczywiste wskazówki typu:
weź
idź do budynku się ukryj
nie śpij w 16 piętrowcu
bo one są sprawdzane randomowo tak mi przewodnik mówił
  Zrobiłem kilka kroków, i kierując snop światła w losową stronę moim oczom ukazał się mieszkalny blok. Fujiyama 2 – stwierdziłem. Zacząłem „iść” światłem w górę budynku, jednak ten wydawał się nie kończyć. Widziałem go już wielokrotnie za dnia, jednak dopiero teraz, w nocy udowadniał, że zasłużył na miano najwyższego budynku w Prypeci.

  Co chwila się zatrzymując i nasłuchując niepokojących dźwięków parłem na przód. Do moich uszu docierała jedynie cisza. Skierowałem swe kroki w kierunku znanego mi mieszkania w bloku przy alei Budowniczych 6, gdzie zaplanowałem pierwszy nocleg. Mijając kolejne zabudowania, starałem się nie wpaść do odkrytych studzienek kanalizacyjnych. Ich pokrywy już dawno zostały skradzione przez złomiarzy…
W końcu, idąc już „na pamięć” trafiłem w znajome rejony. To tutaj rok wcześniej śmieszkowaliśmy sobie ze znajomymi, odgrywając role dawnych mieszkańców Prypeci. Weszliśmy wtedy do losowego mieszkania. Mieszkania numer, a jakże – 69, gdzie niczym dawni lokatorzy tej kwatery, paląc na balkonie papierosy rozmawialiśmy o problemach targających naszą okolicą. 

   Planując tę wyprawę, nie musiałem długo zastanawiać się, które z mieszkań posłuży mi za kryjówkę. Upewniłem się, że to na pewno ten blok: Проспект Строителей 6 – głosiła tabliczka, potwierdzając, że znajduje się pod właściwym numerem. Ze znalezieniem głównego wejścia większych problemów nie miałem, minąłem tylko kilka krzewów i już stałem pod klatką. Domofon nie działał, więc zapukałem. Nikt nie odpowiedział. Otworzyłem więc drzwi i widząc znajome wnętrze, postanowiłem poszukać mieszkania numer 69. Tradycyjnie – schody zawalone były różnej maści sprzętem elektronicznym i meblami, a windy leżały albo roztrzaskane na parterze, albo zacięte między piętrami. Docierając do znajomej kwatery zastałem ruinę. Odrzucając wszelkie sentymenty na bok ruszyłem w poszukiwaniu czegoś przytulniejszego. Znalazłem: drzwi, meblościanka, fotel, balkon i szyby w oknach – to wystarczyło, żeby spokojnie przetrwać trwającą już noc. 

-----

   Będąc nielegalnie w Zonie masz wrażenie, że musisz borykać się ze wszelkimi przeciwnościami losu, aż do momentu, gdy twoja noga nie postanie w Prypeci. Docierając tam zdajesz sobie sprawę, z tego, że Prypeć jest tak samo opuszczona jak każda mijana przez ciebie wcześniej wioska. Nie zastaniesz tu czystej pościeli, czy bieżącej wody, a noc spędzona na betonowej podłodze da się we znaki bardziej, niż ta przespana w chatce na luksusowym sprężynowym materacu, z drapiącym do drzwi źwierzem.

-----

   Zszedłem na dół po rower, dochodząc po drodze do wniosku, że nie ma sensu targać tego niesprawnego grata na górę do mieszkania. Schowałem go więc w łazience kwatery na parterze i poszedłem zlokalizować wejście na dach, w celu złapania zasięgu. Wchodząc po siedmiometrowej drabinie znalazłem się na wysypanym żwirkiem, metrowej wysokości piętrze. Wiedziałem, że gdzieś dalej w mroku skryta jest kolejna drabina prowadząca, tym razem na zewnątrz, jednak dobiegające do moich uszu dźwięki zwierząt zamieszkujących to poddasze, skutecznie mnie od skorzystania z niej odwiodły. Okazało się na szczęście, że siedząc na szczycie pierwszej z nich, telefon nie ma większych problemów, żeby połączyć się z siecią. 
Łapiąc zasięg sieci ”Life:)” w technologii EDGE włączenie jakiejkolwiek strony przedłużało się w nieskończoność. Ostatecznie po kilkunastominutowej rozmowie udało się pomyślnie wysłać jedno zdjęcie przedstawiające mnie siedzącego, na tej właśnie drabince:


jakieś 7 metrów w dół :)

Doszedłem do wniosku, że warto byłoby już pójść spać, skoro jutro wstaję skoro świt, by zanim ktokolwiek pojawi się w Prypeci móc na spokojnie uzupełnić wodę. Pożegnałem się ze znajomymi, pożyczyliśmy sobie dobrej nocy i rozłączyliśmy. Zszedłem z drabinki i idąc klatką schodową wypatrywałem szarej taśmy, którą przykleiłem na rogu ściany, żeby nie zapomnieć, na którym piętrze mieszkam. Skręciłem do swojego mieszkania (również przejętego przez zasiedzenie), otworzyłem drzwi i zacząłem przygotowywać się do snu. Rozłożyłem karimatę, wyjąłem śpiwór i nie mając już sił na nic więcej położyłem i od razu zasnąłem.

Otworzyłem oczy. Od razu oślepiły mnie wpadające przez okno promienie słońca. To, co jednak zauważyłem było spełnieniem moich marzeń. Właśnie teraz, będąc nielegalnie w Prypeci, po spędzeniu samotnej nocy, zaspanym wzrokiem patrzę na okno, przez które roztacza się widok na opuszczone miasto. Wyglądało to po prostu obiektywnie pięknie. Bloki przesłonięte przez trzydziestoletnie drzewa, w dole liczne kwitnące krzewy, a nad tym wszystkim górujące bezchmurne letnie niebo i niepozwalająca na siebie spojrzeć rozżarzona do białości tarcza słońca (chciałeś AdBuster opis przyrody to masz. Jeden wystarczy.).

Spojrzałem na telefon, który oczywiście wskazywał błędną godzinę, jednak w międzyczasie zorientowałem się, że kamerka również wyświetla godzinę. Było południe. Nie wiele myśląc wygramoliłem się ze śpiwora i ubierając się cały na „moro”, z założoną turystyczną czapeczką „Czarnobyl” (do kupienia w sklepie w Czarnobylu) i GoPro na głowie opuściłem mieszkanie. Schodząc na dół upewniłem się, ze rower dalej stoi tam gdzie go odłożyłem. Stał i niestety dalej nie miał powietrza w dętce. Wyszedłem na pole (jestem z Krakowa) i udałem się w kierunku pobliskiego starorzecza. Szedłem środkiem jednej z głównych Prypeckich dróg, czując się jak u siebie w domu, nie przejmując się zupełnie, że ktoś może mnie zauważyć. Minąłem zespół niedokończonych bloków i przedzierając się chwilę przez zarośla doszedłem do stromego brzegu. Zaczerpnięcie wody bez wpadnięcia do zbiornika było nie lada sztuką, jednak manewrując swoimi kończynami niczym w grze towarzyskiej Twister udało się ostatecznie napełnić dwulitrową butelkę po Coca-Coli oraz litrowy wodą… a właściwie mętną mieszanką mułu i czegoś przypominającego wodę. Wiedziony ciekawością wziąłem testowy łyk – żyję, więc nie jest źle - pomyślałem, tym bardziej, że po powrocie na kwaterę, planowałem przesączyć całość przez szmatkę i uzdatnić specjalną tabletką.

Zakręciłem butelki i ruszyłem w drogę powrotną. Starając się niezauważenie dotrzeć do domu minąłem ulicę Bohaterów Stalingradu i przechodząc obok bloków oznaczonych numerami 15 i 17 usłyszałem głośny szelest. Odwróciłem się i zdębiałem - przede mną stał milicjant. Mierząc we mnie pistoletem nawoływał swoich kolegów.

Z moich ust wyrwało się, ledwie słyszalne:

- Zdrastwujtje….

Koniec części V, nie ostatniej

czwartek, 9 lutego 2017

Wyprawa pierwsza (sierpień 2015) - Część IV




Część IV

21 sierpnia ok. 21:00, wieś Łubjanka


   Czekając na zmrok wypaliłem pól paczki papierosów. Koło godziny 21 uznałem, że już dłuższego czekania nie zniosę. Spakowałem więc wszystko do plecaka, wsiadłem na rower i pojechałem w kierunku wskazywanej przez mapę asfaltowej drogi prowadzącej prosto pod elektrownię. 
Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że nie cała wioska uległa spaleniu, a idąc dalej można natrafić nawet na całkiem dobrze zachowane, pomalowane w ludowe wzory chatki. Wiedząc, że zmrok będzie moim sprzymierzeńcem postanowiłem pomarnować trochę czasu i pozwiedzać niestrawiony ogniem teren. Nie znajdując jednak niczego ciekawego, po kilkunastu minutach ruszyłem dalej.
Dojeżdżając do rozwidlenia ponownie usłyszałem wesołą muzykę, przerywaną co chwilę śmiechami. Poczekałem kilka minut, jednak te nie ustały. Wiedziony ciekawością, zostawiłem rower i zakradłem się w ich kierunku. Spodziewacie się czegoś niesamowitego – tutaj tego nie będzie. Głosy zdawały się przemieszczać, jak gdyby jakiś pojazd (patrol milicji?) poruszał się samochodem po głównej szosie. Wróciłem po rzeczy i postanowiłem zejść ze ścieżki, którą szedłem, omijając polami intrygujące głosy. Nie wiele myśląc wszedłem w wysoką trawę. Nie zrobiłem nawet dziesięciu kroków, gdy usłyszałem zmianę tonu rozmów w oddali, mogącą świadczyć, że ktoś mnie wykrył. Schowałem się w gęstych zaroślach i zacząłem w pesymistycznym tonie mówić do kamerki o całkowitej kompromitacji i niepowodzeniu misji, przepraszając wszystkich, którzy mnie wspierali. 

   Po trzydziestu minutach tych niezwykle pokrzepiających myśli, uznałem, że jakiś krok na pewno muszę przedsięwziąć, nie będę przecież tutaj gnił do końca świata
Zacząłem, więc powoli poruszać się w obranym przez siebie kierunku, starając się nie potknąć na wystających z ziemi pozostałościach płotu grodzącego 30 lat temu czyjeś gospodarstwo. Dźwięki nadal zdawały się zmieniać swoje położenie, jednak widząc w oddali upragnioną szosę, zorientowałem się, że powoli zaczynam zostawiać je w tyle.
Zaskoczony, wyszedłem z zarośli, wsiadłem na rower i nie patrząc za siebie pognałem w kierunku drogi. Na rozwidleniu, skręciłem w lewo, wjeżdżając w końcu na asfalt. 
Najgorsze minęło – pomyślałem, teraz już nic mi nie przeszkodzi. Sięgnąłem po bidon, w celu uzupełnienia płynów, ten jednak okazał się pusty. Zatrzymałem się, żeby wyjąć z plecaka butelkę Coca-Coli – zostało jej niewiele - może tylko na dwa łyki. 
Cholera! – zakląłem soczyście pod nosem, wiedząc już, że do Prypeci będę musiał się mocno pośpieszyć - jedynie tam, bowiem, wiem skąd mogę wziąć wodę. 

   Droga miała jakieś dwadzieścia pięć kilometrów długości, 10 metrów szerokości i może pięć większych zakrętów, praktycznie przez długie odcinki nie zmieniając swojego kierunku. Mimo to, z powodu otaczających mnie ciemności, jadąc nią widziałem jedynie kilkaset metrów przed sobą. To, co znajdowało się poza zasięgiem mojego wzroku „generowało się” na żywo, sprawiając wrażenie uczestniczenia w wyścigach rodem z Commodore 64, czy Amigi, gdzie z powodu ograniczeń sprzętowych trasa przed graczem pojawiała się w podobny sposób, a dojechanie do narysowanego horyzontu było niewykonalne.
Jazda, choć dość emocjonująca, nie była specjalnie zróżnicowana, stąd raz za razem wyjmowałem podczas jazdy telefon, by sprawdzić swoją lokalizację.
Podobnie jak dzień wcześniej, patrzenie w ekran, nawet przy zainstalowanych aplikacjach dodatkowo go przyciemniających sprawiało, że po oderwaniu od niego wzroku widziałem przed sobą jedynie białą plamę, a ponowna adaptacja trwała zbyt długo. Mimo, że droga była dość szeroka, to kilka razy, jadąc jej środkiem, po zerknięciu na telefon momentalnie znajdowałem się w rowie.
Zatrzymywanie, podobnie jak dzień wcześniej sprawiało dziwne wrażenie okrążenia przez jakieś mroczne siły, więc niezbyt wchodziło w rachubę. Na szczęście rozwiązanie przyszło po chwili samo. Przede mną, na horyzoncie pojawiła się jasna łuna pochodząca od reflektorów oświetlających budowę nowego sarkofagu, tzw. Arki. Wraz ze zbliżaniem się do niej, łuna robiła przybierała na sile.

   Dodatkowy problem sprawiały dzikie zwierzęta. Z reguły o tej porze powinny smacznie spać, jednak budzone moim zapachem, czy sporadycznym światłem latarki potrafiły wydawać przyprawiające o gęsią skórkę dźwięki. 
W pewnym momencie przypomniałem sobie ten jutubowy filmik



i zacząłem się zastanawiać, co by było gdyby…
…I właśnie wtedy, dosłownie kilka metrów przed moim przednim kołem, przez środek drogi przebiegło zwierzę, wielkości sarny (było ciemno). Serce podeszło mi do gardła i tak przyziemne sprawy, jak głód, pragnienie, a także patrzenie, czy nikt za mną nie podąża zeszły na dalszy plan. 
Będąc skupionym na danym zadaniu, wiedząc, że robisz to nielegalnie, odczuwasz przeogromny stres. Po pewnym czasie, zaczyna ci się to uczucie podobać, niesamowicie motywując do dalszego wysiłku i pozostawiając cię skoncentrowanym na dążeniu do konkretnego celu. 

   Dodatkowo zmotywował mnie drogowskaz informujący, ze gdybym skręcił teraz w prawo, dojechałbym do składowiska odpadów radioaktywnych „Burakówka”. Jako, że jest to teren silnie strzeżony, nie zmieniając swojego kierunku, kontynuowałem jazdę na północy-wschód. Próbowałem przypomnieć sobie, czy natrafiłem przedtem na jakąkolwiek informację, lub tabliczkę mówiącą mi, że znajduję się w Czarnobylskiej Strefie Wykluczenia? Chyba nie. Ta kierująca na składowisko była pierwsza. Oznaczała też, że do Prypeci zostało mi jedynie 8 kilometrów, czyli jadąc moim tempem – mniej niż pół godziny.

   W końcu wyjechałem na ostatnią prostą. Moje marzenie się spełniło – właśnie widzę przed sobą oświetlony sarkofag skrywający zgliszcza reaktora numer 4 oraz ogromną konstrukcję – Arkę, która za kilka tygodni (piszę to 1 listopada 2016 roku) zostanie nasunięta na starą konstrukcję, rozpoczynając nową erę w historii Strefy Wykluczenia wokół Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej. Widzę to wszystko będąc nielegalnie w Strefie, do tego samemu. Ciekawe, czy ktoś mi w to uwierzy… 
Coś połechtało mnie po udzie. Wyjąłem z kieszeni wibrujący telefon, wyświetlający dwie kreski zasięgu i kilka powiadomień. 

   Przed wyjazdem umówiłem się z kolegą i bratem, że będą śledzić moją trasę na endomondo, a ja dodatkowo będę ich informował o bieżących postępach za pomocą facebooka.
Oczywiście kontakt z nimi urwał się jeszcze na kilkanaście kilometrów przed wjechaniem do Strefy, gdy telefon stracił zasięg. Od tego czasu pierwszy raz połączyłem się ze światem zewnętrznym dopiero teraz. Choć minął dopiero jeden dzień, dla mnie była to wieczność. Dla nich pewnie też.

   Okazało się, że założyli czat grupowy o nazwie „CENTRUM DOWODZENIA ZONA-POLSKA”. Pierwsza wiadomość była bardzo pokrzepiająca:
Nie świeć latarką w mieszkaniu 
A jak musisz to tylko w kiblu gdzie nie będzie cie widać przez okno
Odpowiedziałem dość ciekawie, choć z perspektywy czasu niezbyt zgadzam się ze swoimi słowami:
Ale wkurwiony jestem ogolnie 
Tzn moze nie wkurwiony ale 
No nie polecam 
Samemu jezdzic
Koniec części IV, nie ostatniej