sobota, 18 lutego 2017

Wyprawa pierwsza (sierpień 2015) - Część VI

Część VI

22 sierpnia 2015, około południa, Prypeć

W tekście znajduje się dość sporo wulgaryzmów, więc jeśli ktoś ma wrażliwe oko/ucho niech nie czyta, choć będzie żałował :)

   Milicjant wciąż celując we mnie bronią wskazał palcem na moją czapkę. Nie wiedząc o co mu chodzi, dotknąłem ręką głowy przypominając sobie, że ciągle mam na niej włączoną kamerkę sportową. Zdjąłem więc ją i wytłumaczyłem, czym jest to ustrojstwo. Funkcjonariusz wziął urządzenie do ręki i schował do kieszeni. W tym momencie pojawiło się dwóch kolejnych mundurowych, którzy zaczęli wypytywać mnie co tutaj robię. 

- Ja turist
- To gdzie twoja grupa?

 Jako, że znajdowałem się na północnym krańcu Prypeci, objąłem ręką całe miasto i odpowiedziałem:

- Gdzieś tam
- No ale gdzie?
- No w Prypeci
- To czemu się odłączyłeś?
- Chciałem samotnie poeksplorować teren
- Dobra to pokaż paszport

Milicjant wziął go do ręki i od razu stwierdził: 

- Nie kłam, nie ma dzisiaj żadnej polskiej grupy. Poza tym, po co ci te butelki z wodą?
- Dobra macie mnie, jestem stalkerem…
- To po chuja kłamałeś, mów gdzie są twoi koledzy!
- Jacy koledzy??? Sam tu przyjechałem.
- Jasne, jasne, już to widzę – sam nocą przez las

Słysząc te słowa i widząc, że nawet milicjanci mi nie wierzą, dotarło do mnie, że samotne dojechanie do Prypeci jednak było dość dużym i nietypowym osiągnięciem.

- No serio sam tutaj jestem...

---

   Krótkie wyjaśnienie. Milicjantów było trzech. Od razu nadałem im w głowie imiona
SciFun – wyglądał wypisz wymaluj jak sympatyczny Jutuber, to on we mnie celował pistoletem – najbardziej przyjazny z nich wszystkich. Miał około 30 lat
Janusz – wyglądał po prostu jak typowy Janusz z dużym brzuchem, dość opryskliwy. Ok. 50 lat
Byczek – niski karczek, bez szyi, szukający komu tylko wpierdolić. Ok 30 lat

---

 Zapytali mnie co jeszcze mam przy sobie, dałem im więc paszport i telefon. Byczek złapał mnie nagle za szyje i krzyknął:

- Gdzie twoi koledzy, bo ci przypierdole!
Odpowiedziałem:
- Możesz mnie bić, ale nic to nie da, bo jak już mówiłem – jestem tu sam.

 Widząc, że nic więcej ode mnie na razie nie wyduszą zapytali jak tutaj przyjechałem. Zgodnie z prawdą powiedziałem, że na rowerze

- To gdzie on jest? 
- W moim mieszkaniu, tam mam wszystkie rzeczy
- Które to mieszkanie?
- Przy Alei Budownicznych 6
- A ty myślisz, kurwa, że my wiemy jakie tu są adresy!?
- No dobra zaprowadzę was, tylko oddajcie mi telefon, to z GPS-em trafię. 
- Haha, trafiłeś do Prypeci taki kawał, to poradzisz sobie bez telefonu. 


 Uśmiechając się, wyjąłem z kieszeni kompas i zacząłem szukać mojego bloku, jednak nie szło mi to najlepiej. Podirytowani koniecznością przeciskania się przez gęste zarośla milicjanci uznali, że oddanie mi na chwilę smartfona będzie dobrym pomysłem. Będąc już niedaleko mojej kryjówki funkcjonariusze podekscytowani usłyszanym hałasem dobiegającym z jednego z charakterystycznych, podłużnych bloków przy Al. Budowiczych, wyjęli z kabur pistolety, wbiegli do środka, a mnie kazali czekać na zewnątrz. Wykorzystałem sytuację, wyciągnąłem szybko komórkę i napisałem do kolegi:
Pisane na szybko, więc z błędem

 Gdy chowałem telefon do kieszeni spod ziemi wyrósł SciFun


- Co ty wyprawiasz?!
- Nic, sprawdzałem lokalizację,
- Pokaż to!

 Oddałem mu komórkę klikając jeszcze kilkukrotnie przycisk „wstecz”, by wrócić do głównego ekranu. Zakładałem, że milicjant nie będzie na tyle ogarnięty, żeby znaleźć listę ostatnio używanych aplikacji. Ku mojemu zdziwieniu mundurowy przytrzymał symbol domku i uruchomił wyświetlonego tam Messengera. 

- Mów do kogo pisałeś!
- Do kolegi
- Przecież mówiłeś, kurwa, że jesteś tu samemu!!!
- Do kolegi z Polski
- Kurwa jasne… Co to znaczy „milicha zlapala”?
- No, że wszystko jest OK.
- Weź mi tu nie pierdol i mów gdzie twoi druzja.

 Zrobiło się groźnie, myślałem, że tym razem faktycznie mi „przypierdolą”. Słysząc jednak kolejny raz „nu ja seriozna sam” przeklinając pod nosem kazali mi kontynuować marsz. 
W końcu znaleźliśmy się pod blokiem. Milicjanci kazali mi iść pierwszemu i wyciągając odruchowo pistolety podążyli za mną. Po drodze pokazałem im rower mówiąc: „widzicie, tylko jeden”. 
Znajdując srebrną taśmę oznaczającej właściwe piętro, trafiłem do mojego mieszkania. 
Janusz odezwał się w te słowa: 

- No to co ty mnie tu pierdolisz, że jesteś sam. Przecież widzę wyraźnie, że z jednej strony pokoju leży pierwsze posłanie (karimata), a z drugiej kolejne – powiedział, wskazując na rozłożoną „folię życia” (koc ratowniczy). 

Jakimś cudem, z moją dość kiepską wtedy znajomością języka udało mi się wytłumaczyć, że folie rozłożyłem tylko po to, żeby nie ubrudzić sobie zawartości plecaka od zakurzonej betonowej podłogi.

Kazali mi się spakować. Poprosiłem o chwilę cierpliwości, wyjąłem z bocznej kieszeni tabletkę uzdatniającą i wrzuciłem do bidonu. Popatrzyli na mnie jak na idiotę, a Byczek powiedział:

- No nie pierdol, że będziesz to pił. 
- No to popatrz

 i wziąłem kilka głębokich łyków uśmiechając się złośliwie.


--

Dygresja

Może z perspektywy czasu można oceniać, że za bardzo byłem uległy w stosunku do nich. Muszę się jednak usprawiedliwić – pierwszy raz w życiu miałem do czynienia z taką sytuacją, wiedziałem więc, że lepiej nastawić się do nich przyjaźnie, żartować z nimi, tak, żeby zauważyli we mnie przyjaciela, a nie wroga. Duże nadzieje pokładałem w moim dość młodym jak na swój (choć również młody) wiek wyglądzie i chyba podziałało.

--

   Wyszliśmy razem z rowerem na pokryty rozbitym szkłem plac przed blokiem. Żołnierze monolitu – jak czasem żartobliwie nazywani są funkcjonariusze milicji i wojska w Zonie (fani gier komputerowych zrozumieją) ustalili między sobą, że Janusz zostaje ze mną, a oni idą zameldować o sytuacji na KPP Prypeć, po drugiej stronie miasta. Zostaliśmy sami i nastała niezręczna cisza. Przerwałem ją stwierdzając, że jeśli mamy czekać, to może zmienię w tym czasie pękniętą dętkę. Milicjant przystał na tę propozycję i zaczął bacznie przyglądać się moim postępom. Starałem się pokazać swój profesjonalizm w tej dziedzinie, jednak nie mając do czynienia z tą operacją od dobrych dwóch lat poległem przy nakładaniu nowej dętki na koło. Janusz patrząc jak się kompromituje przesunął mnie lekko w bok i powiedział 

– Weź daj mnie to, kto cię kurwa uczył zmieniać opony w rowerze…

Sytuacja stała się strasznie odrealniona. Właśnie patrzę na milicjanta, który pompuje mi oponę w rowerze, podczas gdy ja znajduje się tutaj nielegalnie.
Pomagając sobie nawzajem, po kilkunastu minutach rower był gotowy do jazdy. 

Mogłeś uciec – powiedzą jedni. Czemu im nie spierdoliłeś – dodadzą drudzy. No nie było to takie proste – mój paszport był wciąż w rękach milicji. Gdybym nawet jakimś cudem uciekł ze Strefy, granicy ukraińsko-polskiej bym nie przekroczył.

Niedługo później pojawili się SciFun i Byczek. Byczek widząc, że rower ma już działające koło szybko wsiadł na niego i zaczął jeździć dokoła placyku przed klatką schodową, ku uciesze SciFuna.
- Zsiadaj kurwa! – powiedział Janusz – nie po to pierdoliłem się z tym pół godziny, żebyś teraz przebił mi oponę na tym szkle. Młodszy stażem milicjant od razu posłuchał starszego kolegę i odłożył rower na bok. 
Chwilkę się jeszcze naradzili między sobą i zaczęliśmy iść na północ. 
Temperatura powietrza dochodziła do 35 stopni Celsjusza w cieniu, a tego było jak na lekarstwo. SciFun widząc, że co chwila biorę łyki z butelki zawierającej wodę z pobliskiej rzeki powiedział: 
- Weż wypierdol to gówno – i dał mi swoją butelkę wody mineralnej. 
Minęliśmy Fujiyamę, Fujiyamę-bis oraz znak Prypeć i doszliśmy do rowu, a także drewnianej bramy, na którą nie zwróciłem wcześniej uwagi wchodząc do miasta poprzedniej nocy. Milicjanci zaczęli omijać rów idąc przez krzaki, powiedziałem im więc, że drugą stroną będzie szybciej. Zdziwieni poszli za mną i za moment byliśmy już po drugiej stronie. 

Zapytałem ich gdzie idziemy. SciFun z Januszem zaczęli żartować:

- Idziemy cię zastrzelić, o, w tym lesie, widzisz? – powiedział Scifun
- Nie, strzały byłoby słychać, powiesimy cię na drzewie za tą pękniętą dętkę – wtórował mu Janusz, zakładając mi przy tym pękniętą dętkę na szyję. 
- O, do twarzy ci w tym – dodał Byczek. Jako, że lubię taki czarny humor, tylko się śmiałem i dopowiadałem swoje mroczne scenariusze.

Po chwili zapytali mnie, czy nie mam może przy sobie dolarów, to mnie puszczą. Powiedziałem, że nie mam przy sobie, ale mogę im - i tutaj nie wiedząc jak powiedzieć "przelać" po ukraińsku lub rosyjsku użyłem właśnie tego, polskiego słowa
Milicjanci się zaśmiali. - Co? Chcesz do nas strzelać? - zapytał Janusz. Żadne tłumaczenia i szukanie innych słów nie docierały do nich, powtarzając ciągle między sobą, że będę do nich strzelać.

Z nieba lał się żar, a milicjanci wiedzeni dźwiękami docierającymi z obydwu stron drogi co chwila wbiegali w głębokie zarośla, wyciągając przy tym oczywiście pistolety z kabur. 
Mijając pewną wioskę, prawdopodobnie Nowe Szepielicze Janusz kazał się zatrzymać i pokazał mi na pewien budynek.
- Patrz, to kiedyś była cerkiew, ale w ZSRR źle patrzono na jakiekolwiek przejawy religii, więc przerobioną ją na dom kultury.
Poszliśmy dalej. Po przejściu dobrych czterech kilometrów, przy ogólnej luźnej i wesołej atmosferze, na horyzoncie pojawił się szlaban, a w naszym kierunku zaczęły biec ujadające psy. 
Od razu w głowie pojawiła się historia opowiedziana mi przez jednego z uczestników, jakoby jego kolegę pogryzły milicyjne psy, bo przechodził zbyt blisko posterunku.
- Zagryzą mnie – pomyślałem, jednak wystarczył jeden gest milicjanta i zwierzęta posłusznie znikły nam z oczu.
Znaleźliśmy się na dużym skrzyżowaniu, z każdej strony ograniczonym szlabanami. 
KPP Beniwka – głosił napis na chatce znajdującej się przed kilka metrów od nas. Naprzeciw nam wyszło pięciu milicjantów, w różnym wieku. Zaciekawieni nietypową sytuacją, stanęli w kółku i czekali na rozwój sytuacji. Jeden z nich kazał mi otworzyć plecak i pokazać co mam w środku. Wziąłem więc folię ratunkową, rozłożyłem na ziemi i po kolei zacząłem wyjmować zawartość plecaka.
Każda kolejna rzecz rodziła pytania i komentarze

- O racja żywnościowa, pewnie NATO-wska
- Nie, kupiłem ją w Polsce
- Fajnie, fajnie
- O ile powerbanków! Widzę, że dobrze się przygotowałeś
- Nie wziąłeś wódki? Poważnie?
- Ile masz pieniędzy? Masz dolary? Wystarczy wódka i dolary i puszczamy cię wolno. 

Niestety nie miałem, oszczędzając pieniądze założyłem, że mnie nie złapią.

- Posiadasz jakieś narkotyki przy sobie? 

Do teraz zastanawiam się czy to pytanie było zadane dlatego, że nie można posiadać narkotyków, czy może, któryś z milicjantów był fanem mocniejszych używek.

W końcu uznali, że musimy poczekać na ich dowódcę i zaproponowali obiad. Uznałem, że nie ma to sensu, skoro pół wagi mojego plecaka to właśnie racje żywnościowe. Podziękowałem i usiadłem na zewnątrz opierając się o ścianę posterunku. Gdy tylko wyjąłem jedzenie dookoła mnie pojawiło się kilka wygłodniałych psów. Niewiele myśląc wrzuciłem puszkę z obiadem do podgrzewacza chemicznego i zacząłem jeść, dzieląc się daniem ze zwierzakami. Były dość przyjacielskie, dawały się głaskać, jadły z ręki. Jeden ze starszych milicjantów, w wieku dochodzącym prawdopodobnie do 70 roku życia usiadł obok mnie i zapytał czy czegoś nie chcę. Zgodnie z prawdą powiedziałem, że chce mi się pić. Przyniósł mi po chwili rondel w kwieciste wzory pełen zimnej wody. Nie czekając już nawet na szklankę wypiłem prawie całość na kilka łyków zostawiając resztę spragnionym psom. Dziadek widząc moją rację żywnościową wziął do ręki „Napój herbaciany instant” i zapytał:
- Ej.. a mógłbym takie jedno wziąć. 
Rozczuliło mnie to bardzo. Człowieku – pomyślałem – mógłbyś mnie tu zastrzelić i zakopać i nikt nawet by się nie zorientował, a ty mnie kulturalnie pytasz czy możesz sobie wziąć taką herbatę?
Oczywiście – odpowiedziałem i dałem mu całą garść, plus kilka dodatków w postaci zupek w proszku, czy batonów energetycznych. Bardzo się ucieszył, podziękował i zadał mi pytanie, które mnie totalnie rozłożyło na łopatki. 
- Ej… a grałeś może kiedyś w Stalkera?
Musiałem mocno się postarać, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Żaden z młodych milicjantów, którzy dotychczas mnie prowadzili nie wspomniał chociaż słowem o tej grze, a uczynił to dopiero siedemdziesięcioletni milicjant, po którym ostatnim spodziewałbym się, że może taką grę znać. 
Odpowiedziałem twierdząco. Naszą dalszą rozmowę przerwał dźwięk silnika. Przed nami zaparkował biały Ford Transit, z którego wysiadł dowódca.
Od razu zawołał jednego z młodych milicjantów i kazał mu rozładować vana. Dowódca, bowiem przywiózł im dwie kraty wódki oraz kilka sztang papierosów. Żyć nie umierać z takim przełożonym

Milicjant miał około czterdziestki, ubrany był w odróżnieniu od całej reszty w niebieską, świeżo wyprasowaną koszulę, niebieskie spodnie i – tradycyjnie – wielką, okrągła gabardynową czapkę.
Zapytał mnie – a ty kto? Odpowiedziałem – polskij stalkjer – rozśmieszając wszystkich w koło.
Popatrzył na mój paszport i kazał wpakować rower do Vana. Van, choć z zewnątrz przypominał normalnego Forda Transita, w środku był przystosowany do przewozu większej ilości osób (lub podejrzanych). Fotele bowiem znajdowały się naprzeciwko siebie, tak, że mogło tam siedzieć komfortowo około sześciu osób plus kierowca i pasażer z przodu. Weszliśmy tam w osiem osób oraz dodatkowo mój rower, co skutecznie uniemożliwiło jakiekolwiek ruchy i ruszyliśmy w kierunku elektrowni.

Wybuchowego zakończenia tym razem nie będzie.

Koniec części VI, nie ostatniej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz