środa, 8 lutego 2017

Jak zaczęła się moja kariera Stalkera. Wyprawa pierwsza (sierpień 2015) - Prolog

   Historia zadebiutowała na wykopie w październiku 2016. Dopiero teraz postanowiłem ją przenieść na bardziej cywilizowaną platformę jaką jest blog. Proszę równocześnie o wyrozumiałość - jest to  pierwszy napisany przeze mnie dłuższy tekst w życiu, więc na pewno nie jest idealnie. Zapraszam do lektury i chętnie zapoznam się z Waszymi opiniami.




Opowieść Stalkera, czyli jak spędziłem samotną noc w Prypeci

Część I - Prolog

   Od lat interesuję się Czarnobylską Strefą Wykluczenia. Jeżdżę tam dość regularnie. Jednak zawsze gdzieś w tyle głowy siedziała myśl: a gdyby tak zrobić coś więcej?
Pierwszy raz do Strefy pojechałem w 2012 roku, miesiąc po skończeniu 18 roku życia, czyli wieku wymaganego do legalnego wjazdu do Zony. Praktycznie większą część osiemnastkowego „wynagrodzenia” wydałem na spełnienie swojego marzenia, jakim było oczywiście – zobaczyć Czarnobyl.
Większość znajomych nie dowierzało, twierdziło, że to niebezpiecznie, opowiadali, że wyrośnie mi trzecia ręka, będę świecił - typowe żarty z jakimi spotykam się do dziś. Jakie było ich zdziwienie, gdy wróciłem i pokazałem im zdjęcia. A jednak!

Prypeć - 27 września 2012 roku

   Zona uzależnia. Zanim więc zdążyłem wrócić do Polski, wiedziałem – na pewno tam jeszcze wrócę. Zgodnie z przewidywaniami – 2 lata później, w 2014 roku znów stałem na głównym placu w Prypeci. Był to wyjazd równie ciekawy, tym bardziej, że byli z nami „znani Jutuberzy” (swoją drogą – sympatyczni ludzie). Zakończył się jednak niezbyt ciekawą sytuacją na granicy (ze strony mojej i mojego brata), ale o tym wspomnę innym razem.
Uzależnienie od Czarnobyla dawało o sobie ciągle znać, więc już niedługo na wiosnę 2015 roku pojechałem trzeci raz, w międzyczasie natrafiając w internecie na relację kilku Polaków, którzy z pomocą ukraińskiego „Stalkera” (Stalker – osoba nielegalnie eksplorująca Czarnobylską Strefę, zwaną również Zoną. Wie którędy wejść i wyjść z Zony, tak, żeby nie dać się złapać, czasami robi za płatnego przewodnika dla chętnych takich wrażeń) spędzili kilka dni w Strefie Wykluczenia. Zawsze marzyłem o czymś takim, jeszcze na długo zanim pierwszy raz odwiedziłem Czarnobyl. Nigdy jednak nie miałem na tyle odwagi, czy wiary, że może się to udać. Zupełnie przypadkiem okazało się, że jeden z uczestników tej wyprawy jest znajomym kolegi mojego brata (sic!). Po kontakcie i wymianie informacji na temat ich wyjazdu, wiedziałem już – w te wakacje spędzę noc w Prypeci.

Ambicja jednak nie pozwalała mi skorzystać z pomocy przewodnika, więc od razu rozpoczęło się żmudne planowanie. Całe noce ślęczenia nad Wikimapią, rysowanie trasy, kompletowanie zawartości plecaka. Paradoksalnie najważniejsze było dla mnie zaplanowanie całej logistyki okołowyprawowej: dojazdu na Ukrainę, noclegu w hotelu, dojazdu do granicy Zony - tak, aby wszystko było dopięte na ostatni guzik. Na Strefę zaś zostawiłem sobie tylko ramowy plan, a poza nim - pełną improwizację, zakładając, że czuję się tam jak u siebie w domu. Przygotowując się do takiego wyjazdu, nagle zauważasz, że każda błahostka może mieć wpływ na powodzenie wyprawy: skąd pozyskać wodę, ile zabrać jedzenia, czy wziąć dolary na łapówki, a nawet - jak odpowiedzieć na granicy na pytanie o cel podróży. Że jadę pod biwak? To, w takim razie - po co mi licznik Geigera?

Przygotowany do wyjazdu, na dwa tygodnie przed wyruszeniem – szok. Media trąbią – z powodu wielotygodniowych suszy lasy Czarnobylskiej Strefy płoną. Po dotarciu do informacji o Gwardii Narodowej Ukrainy wysłanej do pilnowania granic strefy, znajomy, który miał mi towarzyszyć rezygnuje. Zostałem sam.
Wycofać się? Nie ma mowy, zbyt wielu osobom powiedziałem, że jadę. To nawet nie wchodzi w grę. Przełożyć termin? Też nie za bardzo, bo szkoła. Pierdolę! Jadę samemu. 

-----------------------

18 sierpnia 2015

Autobus relacji Warszawa - Kijów. Stoimy na granicy. Wchodzi ukraiński celnik i pyta:
- Czyj jest ten rower w luku bagażowym?
- Mój – jadę na wyprawę rowerową po Ukrainie. Znajomy czeka na mnie w Korosteniu.
- Jasne, jasne, a co tam jest ciekawego?
- No mieszka w Korosteniu, jedziemy później do Kijowa i wracamy na rowerach do Polski
W duchu modlę się, żeby tylko nie zapytał, po co mi w takim razie licznik Geigera. Nie zapytał.

19 sierpnia 4:30

   Wysiadam w szczerym polu nieopodal jakiejś stacji benzynowej mając przez ramiona przewieszone dwa plecaki ważące łącznie ze 20 kilogramów , a w trzeciej ręce (he,he…) rower. Podchodzę do sklepu i pytam losowego Ukraińca, czy nie zna numeru na taxi, albo najlepiej jakby zadzwonił i zamówił. Zgodził się, zadzwonił, a odkładając telefon z dumą odpowiedział:
- Przyjedzie czerwonym Szewroletem!
Będąc w szoku czekam na Corvettę, jednocześnie zastanawiając się jak do niej zmieszczę rower i dwa wielkie plecaki, gdy nagle przyjeżdża ten samochód (zdjęcie i film kilkanaście wersów niżej), a jego kierowca pyta, czy to ja zamawiałem kurs.
No dobra, fajnie - korweta to to nie jest, ale przynajmniej rower się zmieści.
Gdy godzinę później dojechaliśmy pod hotel w Malinie pomyślałem - po co się meldować tak wcześnie i poprosiłem kierowcę, żeby zawiózł mnie w stronę granicy Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia, chętnie zobaczę jak to wygląda za dnia, w końcu jutro wieczorem mam tamtędy wchodzić.
Droga zleciała na ciekawych rozmowach, o Ukrainie, o historii, zarówno tej polskiej, jak i ichniejszej, czy nawet tak delikatnych sprawach jak Wołyń. Taksówkarz uświadomił mi na przykład, że gdy jeszcze chodził do szkoły (a było to za czasów ZSRR), na lekcjach historii uczyli ich, że II wojna światowa zaczęła się w 1941 roku po inwazji III Rzeszy na ZSRR. Żadnych paktów Ribbentrop-Mołotow, nic…

W końcu po półtorej godzinie wertepów, dojechaliśmy do celu. Most na rzece Uż.


   Emocje rosły, tym bardziej, że - nie licząc kilku lokalnych rybaków – nie było tam żywej duszy, żadnej straży granicznej, milicji, nikogo. Zdradziłem taksówkarzowi swoje plany, powiedział, żebym się nie przejmował, ludzie mieszkający niedaleko raczej mają w głębokim poważaniu, że ktoś tędy chodzi. Zrobiliśmy sobie nawzajem kilka zdjęć na tle kratownicy blokującej wjazd do Strefy i pojechaliśmy z powrotem do hotelu. Jako, że kierowca nigdy Strefy nie widział, kurs mu się bardzo podobał, więc za przejechanie ok. 250km zapłaciłem jedynie 150 złotych, czyli stosunkowo nie dużo, tym bardziej, że Ukrainiec nie wziął już nic za drogę powrotną mówiąc, że i tak dużo zarobił, kwitując to słowami „Slawa polskim turistom!” .

Taksówkarz też chciał zdjęcie na granicy Strefy :)

20 sierpnia godz. 20:00


   Po wymeldowaniu się z hotelu, wziąłem losową taksówkę i poprosiłem o kurs w to samo miejsce. Po drodze, po wyjawieniu moich właściwych intencji, usłyszałem śmiech.
|Jesteś szalony, przecież tam wilcy i rysie. Masz chociaż jakąś broń?"
Śmiejąc się pokazałem kierowcy mały składany nożyk, którym prędzej można obrać jabłko niż komuś zrobić krzywdę.
Dojechaliśmy w okolice mostu. Na wypadek, gdyby ktoś go pilnował zatrzymaliśmy się trochę wcześniej.
1500 Hrywien - powiedział kierowca (ok. 200 zł, teraz jednak przejechaliśmy tylko 80 kilometrów). Z niedowierzaniem, uważając, że innego wyboru nie mam, zapłaciłem i dziękując za życzenia szczęścia pożegnałem się. Samochód odjechał, a ja zostałem sam po środku niczego, przy resztkach gdzieś jeszcze na horyzoncie rozświetlonego nieba.

Stopklatka z nagranego materiału - resztki "gdzieś jeszcze na horyzoncie rozświetlonego nieba"

Wsiadłem, na rower i starając się utrzymać równowagę zacząłem jechać. Gdy dojechałem do kratownicy mostu było już zupełnie ciemno.

Stopklatka z nagranego materiału - kratownica

   Przeszedłem na jej drugą stronę i w końcu do mnie dotarło. Właśnie znajduję się nielegalnie w Czarnobylskiej Strefie Wykluczenia! Tak rozpoczęła się przygoda mojego życia.

Koniec części I

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz