środa, 8 lutego 2017

Jak zaczęła się moja kariera Stalkera. Wyprawa pierwsza (sierpień 2015) - Prolog

   Historia zadebiutowała na wykopie w październiku 2016. Dopiero teraz postanowiłem ją przenieść w bardziej cywilizowaną formę jaką jest blog. Proszę równocześnie o wyrozumiałość - jest to mój pierwszy dłuższy tekst w życiu, więc na pewno nie jest idealnie. Zapraszam do lektury i chętnie zapoznam się z Waszymi opiniami.



Opowieść Stalkera, czyli jak spędziłem samotną noc w Prypeci

Część I - Prolog

   Od lat interesuję się Czarnobylską Strefą Zamkniętą. Jeżdżę tam dość regularnie. Jednak zawsze gdzieś w tyle głowy siedziała myśl. A gdyby zrobić tak coś więcej?
Pierwszy raz do Strefy pojechałem w 2012 roku, miesiąc po skończeniu 18 roku życia, czyli wieku wymaganego do legalnego wjazdu do Zony. Praktycznie większą część osiemnastkowego „wynagrodzenia” wydałem na spełnienie swojego marzenia, jakim było oczywiście – zobaczyć Czarnobyl.
Większość znajomych nie dowierzało, twierdziło, że to niebezpiecznie, opowiadali, że wyrośnie mi trzecia ręka, będę świecił, czyli typowe żarty z jakimi spotykam się do dziś. Jakie było ich zdziwienie, gdy wróciłem i pokazałem im zdjęcia. A jednak!


   Zona uzależnia. Zanim, więc zdążyłem wrócić do Polski, wiedziałem – na pewno jeszcze nie raz odwiedzę to miejsce. Zgodnie z przewidywaniami – 2 lata później znów stałem na głównym placu w Prypeci. Był to wyjazd równie ciekawy, tym bardziej, że byli z nami „znani Jutuberzy” (swoją drogą – sympatyczni ludzie) zakończył się jednak niezbyt ciekawą sytuacją na granicy (ze strony mojej i mojego brata), ale o tym wspomnę innym razem.
Uzależnienie od Czarnobyla dawało o sobie ciągle znać, więc już niedługo na wiosnę 2015 roku pojechałem trzeci raz, w międzyczasie natrafiając w Internecie na relację kilku Polaków, którzy z pomocą ukraińskiego „Stalkera” (Stalker – osoba nielegalnie eksplorująca strefę czarnobylską. Wie którędy wejść i wyjść z Zony, tak, żeby nie dać się złapać, czasami robi za płatnego przewodnika dla chętnych takich wrażeń) spędzili kilka dni w Strefie Wykluczenia. Zawsze marzyłem o czymś takim, jeszcze na długo zanim pierwszy raz odwiedziłem Czarnobyl. Nigdy jednak nie miałem na tyle odwagi, czy wiary, że może się to udać. Zupełnie przypadkiem okazało się, że jeden z uczestników tej wyprawy jest znajomym, kolegi brata (sic!). Po kontakcie i wymianie informacji na temat ich wyjazdu, wiedziałem już – w wakacje spędzę noc w Prypeci.

Ambicja jednak nie pozwalała mi skorzystać z pomocy przewodnika, więc od razu rozpoczęło się żmudne planowanie. Całe noce ślęczenia nad Wikimapią, rysowanie trasy, kompletowanie zawartości plecaka. Paradoksalnie najważniejsze było dla mnie zaplanowanie całego dojazdu na Ukrainę, noclegu w hotelu, a na strefę zostawiłem sobie ramowy plan i pełną improwizację, zakładając, że czuję się tam jak w domu. Przygotowując się do takiego wyjazdu, nagle zauważasz, że każda błahostka może mieć wpływ na powodzenie wyprawy.
Skąd pozyskać wodę, ile zabrać jedzenia, czy wziąć dolary na łapówki, a nawet - jaką ściemę wymyślić na granicy polsko-ukraińskiej, – że jadę pod biwak? To, w takim razie po co mi licznik Geigera?

Przygotowany do wyjazdu, na dwa tygodnie przed wyprawą – szok. Media trąbią – z powodu wielotygodniowych suszy Strefa Czarnobylska płonie. Po dotarciu do informacji o Gwardii Narodowej Ukrainy wysłanej do pilnowania granic strefy, znajomy, który miał mi towarzyszyć rezygnuje. Zostałem sam.
Wycofać się? Nie ma mowy, za wielu osobom już wypaplałem, że jadę. To nawet nie wchodzi w grę. Przełożyć termin? Też nie za bardzo, bo nauka od września. P***dolę! Jadę samemu. 

-----------------------

18 sierpnia 2015

Autobus relacji Warszawa -> Kijów. Stoimy na granicy. Wchodzi ukraiński celnik i pyta:
- Czyj jest ten rower w luku bagażowym?
 Odpowiadam:
- Mój – jadę na wyprawę rowerową po Ukrainie. Znajomy czeka na mnie w Korosteniu.
- Jasne, jasne, a co tam jest ciekawego?
- No mieszka w Korosteniu, jedziemy później do Kijowa i wracamy na rowerach do Polski
W duchu modlę się, żeby tylko nie zapytał, po co mi w takim razie licznik Geigera. Nie zapytał.

19 sierpnia 4:30

   Wysiadam w szczerym polu nieopodal jakiejś stacji benzynowej mając przez ramiona przewieszone dwa plecaki ważące łącznie ze 20kg , a w trzeciej ręce (he,he…) rower. Podchodzę do sklepu i pytam losowego Ukraińca, czy nie zna numeru na taxi, albo najlepiej jakby zadzwonił i zamówił. Zgodził się, zadzwonił, a odkładając telefon z dumą odpowiedział:
- Przyjedzie czerwonym Szewroletem!
Będąc w szoku czekam na Corvette, jednocześnie zastanawiając się jak do niej zmieszczę rower i dwa wielkie plecaki, gdy nagle przyjeżdża ten samochód (zdjęcie), a jego kierowca pyta, czy to ja zamawiałem kurs.
No ok, spoko, Korweta to to nie jest, ale przynajmniej rower wejdzie.
Gdy godzinę później dojechaliśmy pod hotel w M. pomyślałem - po co się meldować tak wcześnie i poprosiłem kierowcę, żeby zawiózł mnie w stronę granicy Czarnobylskiej Strefy Zamkniętej, chętnie zobaczę jak to wygląda za dnia, w końcu jutro wieczorem mam tamtędy wejść do Zony.
Droga zleciała na ciekawych rozmowach, o Ukrainie, o historii, zarówno tej polskiej, jak i ichniejszej, czy nawet tak delikatnych sprawach jak Wołyń. Taksówkarz uświadomił mi na przykład, że gdy jeszcze chodził do szkoły (a było to za czasów ZSRR), na lekcjach historii uczyli ich, że II wojna światowa zaczęła się w 1941 roku po inwazji III Rzeszy na ZSRR. Żadnych paktów Ribbentrop-Mołotow, nic…

W końcu po półtorej godzinie wertepów, dojechaliśmy do celu. Most na rzece Uż.


   Emocje rosły, tym bardziej, że - nie licząc kilku lokalnych rybaków – nie było tam żywej duszy, żadnej Straży Granicznej, Milicji, nikogo. Zdradziłem taksówkarzowi swoje plany, powiedział, żebym się nie przejmował, ludzie mieszkający niedaleko raczej mają gdzieś, ze ktoś tędy chodzi. Zrobiliśmy sobie nawzajem kilka fotek na tle kratownicy blokującej wjazd do Strefy. Jako, że nigdy tu nie był, kurs mu się bardzo podobał, więc za przejechanie ok. 250km zapłaciłem jakieś 150zł, czyli stosunkowo nie dużo, tym bardziej, że Ukrainiec nie wziął już nic za drogę powrotną mówiąc, że i tak dużo zarobił, kwitując to słowami „Slawa polskim turistom!” .

Taksówkarz też chciał zdjęcie na granicy Strefy :)

20 sierpnia godz. 20:00


   Po wymeldowaniu się z hotelu, biorę losową taksówkę i proszę w to samo miejsce. Po drodze, po wyjawieniu moich właściwych intencji, słyszę śmiech.
- Jesteś szalony, przecież tam wilcy i rysie, masz jakąś broń?
Śmiejąc się pokazuję mu taki mały składany nożyk, którym prędzej można obrać jabłko niż komuś zrobić krzywdę.
Dojeżdżamy w okolice mostu. Na wypadek, gdyby ktoś go pilnował proszę, żeby zatrzymał się trochę wcześniej. Życzy sobie 1500UAH (ok. 200zł, tyle, że teraz przejechaliśmy jakieś 80km). Z niedowierzaniem proszę, żeby powtórzył. Dobrze usłyszałem. Jako, że innego wyboru nie mam, płacę, pożyczył jeszcze tylko szczęścia i odjechał. Zostałem sam po środku niczego, przy resztkach gdzieś jeszcze na horyzoncie rozświetlonego nieba.
Wsiadłem, na rower i starając się utrzymać równowagę zacząłem jechać. Gdy dojechałem do kratownicy mostu było już zupełnie ciemno.

Stopklatka z nagranego materiału

   Przeszedłem na jej drugą stronę i dotarło do mnie – właśnie znajduję się nielegalnie w Czarnobylskiej Strefie Zamkniętej. Tak rozpoczęła się przygoda mojego życia.

Koniec części I

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz